sobota, 9 kwietnia 2016

Rozdział 5



            Pamiętam jak na studiach, na jednych z pierwszych wykładów z psychologii, prowadzący je profesor spytał, czym mamy zamiar zajmować się po zakończeniu swojej edukacji. Odpowiedzi było mniej więcej tyle ile osób obecnych na sali, co mężczyzn skwitował pobłażliwym uśmiechem i stwierdzeniem a może raczej wyznaniem, że on również w naszym wieku miał tak pozytywne, nieco naiwne podejście do rzeczywistości.

- Musicie pamiętać o kilku rzeczach- oznajmił siadając na skraju biurka- W życiu zawsze macie kilka dróg do wyboru. Niezależnie od tego, którą z nich wybierzecie zawsze będziecie zastanawiać się jakby wyglądało wasze życie gdybyście wybrali inaczej. Oprócz tego droga do celu byłaby nic nie warta gdyby nie była naznaczona przeszkodami. Poza tym satysfakcja z pokonania trudności jest bezcenna.- Uśmiechnął się tak jakby uważał, że zdradził nam strzeżoną pilnie od lat tajemnicę.
Wtedy te słowa wywarły na mnie spore wrażenie, ale patrząc z perspektywy czasu i biorąc pod uwagę wydarzenia minionych kilku lat nie jestem tak pewna ich sensu jak wtedy.

Dobra, nic nie przychodzi łatwo. Tylko, dlaczego czasami wszystko przychodzi aż tak ciężko i idzie jak po grudzie? Może chodzi o to, że gdy coś przychodzi nam zbyt łatwo nie doceniamy tego w pełni. Czasami dopiero jak stracimy coś, co uważaliśmy dane na zawsze wiemy ile mieliśmy szczęścia. Cały ten ból i cierpienie można spróbować przekuć w coś dobrego, ale nie jest to łatwe.
Podobno cierpienie uszlachetnia. Pojęcia nie mam, co za kretyn to wymyślił, ale najwyraźniej nawąchał się czegoś, bo wątpię, aby coś takiego można stwierdzić na trzeźwo. Cierpienie wcale nie uszlachetnia. Sprawia, że rozpadasz się, upadasz coraz bardziej, ale jak już uda się człowiekowi pozbierać jest silniejszy i może więcej wytrzymać, ale ze szlachetnością to to wiele wspólnego nie ma. Przynajmniej według mnie.
Po powrocie do domu z pracy nie mam nawet siły, żeby zanieść zakupy do kuchni, więc zostawiam je w wąskim przedpokoju. Powłócząc nogami idę do niewielkiego pokoju, szumnie nazywanego salonem, gdzie sadowię się w wygodnie. Prze chwilę rozbawiona przyglądam się drzemiącemu na kanapie Ryanowi, który zasnął poobkładany pismami dotyczącymi fizjoterapii. Chłopak budzi się, gdy hałaśliwie kładę nogi na stoliku.

- Tobie czasami nie jest za wygodnie?- Pyta trąc zaspane oczy.
- Jak już pytasz to nie, nie jest. Mięśnie mam trochę zesztywniałe.- Od kilku dni wszyscy w Ośrodku kultury, gdzie pracowałam, uwijali się jak w ukropie, ponieważ wielkimi krokami zbliżały się dni miasta, impreza zapewniająca trochę rozrywki mieszkańcom miasteczka. Więc nawet tacy jak ja, na co dzień zajmujący się bardziej biurową pracą, zostali zagonieni do zajęć bardziej fizycznych.
-Znowu narzekasz.- Stwierdził zaplatając ręce na klatce piersiowej.
- Tak wiem, ale my kobiety tak mamy.- Wzruszyłam ramionami jakby to rozumiało się samo przez się.- Mimo wszystko cieszę się, że mogę oderwać się od papierkowej roboty. Choćby na chwilę.
- Na to nic nie poradzę, ale jakby coś pamiętaj, że zawsze mogę Cię trochę pomasować.- Mówiąc to zabawnie poruszał dłońmi a mnie zatkało.

- Żartujesz sobie?- Widząc jego roześmiane spojrzenie nie byłam pewna czy mówi poważnie.
- Pewnie, że tak.- Uśmiechnął się do mnie szeroko.- Do tej pory pamiętam ostrzeżenie twojego przyjaciela.- Udał, ze wstrząsa nim dreszcz przerażenia.
- Nie masz przypadkiem brata bliźniaka?
- Czemu pytasz?
- Bo ty nie żartujesz, to nie jest normalne. No w każdym razie w twoim przypadku.- Przymknęłam oczy jakby miało mi to pomóc dostrzec coś więcej.
- Życie już takie jest, że zaskakują nas najbardziej Ci, po których najmniej się tego spodziewamy.- Stwierdza i zaczyna beztrosko żonglować leżącymi na talerzyku mandarynkami.
- Ryan?- Spojrzałam na chłopaka zajadającego się soczystym owocem.- Chciałam Cię przeprosić. Wiesz za ten wybuch… Miałeś rację. Bez względu na to, co przeszłam, nie mam prawa na nikim się wyżywać.
- No proszę a ja myślałem, że nie umiesz przyznać się do błędu.- Pochylił się nieco w moją stronę. Poczułam się trochę nieswojo, bo przyglądał mi się z taką miną jakby chciał przejrzeć mnie na wylot.

- Ludzie potrafią zaskakiwać.- Złośliwie pokazałam mu języki i przypomniało mi się coś, co powiedział. O tym, że każdy przeżywa swoje własne nieszczęścia.- Jakbyś chciał o czymś pogadać to wiesz gdzie mnie znaleźć.- Wypaliłam nim zdążyłam zastanowić się, co robię i żeby zamaskować zmieszanie zniknęłam za drzwiami swojego pokoju żegnana tłumionym chichotem mojego współlokatora. Z jakiegoś powodu ubzdurałam sobie, że jego słowa nie są czczą gadaniną, że nie wzięło mu się to bez powodu, że w jego życiu stało się coś takiego, co sprawiło, iż stał się taką osobą, jaką poznałam. Skrytą i momentami mrukliwą a nie tym sympatycznym chłopakiem, z którym rozmawiałam przed chwilą.


*

- Pojęcia nie mam jak ty to wszystko robisz. Jeszcze dobrze nie skończył się finał Ligi Mistrzów a ty już jesteś tutaj.- Kątem oka zerknęłam na siedzącego obok Matta, który jak tylko dowiedział się, że jestem sama w domu, bo Rayan gdzieś wyjechał, postanowił dotrzymać mi towarzystwa.
- Wszystko jest kwestią organizacji.
- Tylko tyle?- Spojrzałam na niego powątpiewająco.
- No może jeszcze hierarchii- dodał po chwili zastanowienia.- Trzeba umieć sobie wszystko dobrze uporządkować, ustalić pewne wartości, którymi powinno się kierować, wiedzieć, co jest istotne a co nie. Ale najważniejsi są otaczający nas ludzie, będący ostoją w tym codziennym szaleństwie.- Posłał mi tak pełne ciepła spojrzenie, że aż się zarumieniłam.

Udając, że nic takiego się nie stało wróciłam do przerwanej jego przebyciem czynności, czyli zagniatania ciasta. Ponieważ jestem łakomczuchem a w domu nie było nic słodkiego postanowiłam sama coś upiec zamiast zawitać do pobliskiej cukierni.
- Zupełnie jakby była napisana z myślą o tobie.- Oznajmił wyrywając mnie z zamyślenia.
- O czym ty mówisz?- Spytałam zupełnie nie wiedząc, o co mu chodzi.
- Piosenka, którą właśnie nuciłaś.- Uśmiechnął się a ja zorientowałam się, że wyłączyłam się do tego stopnia, iż nie zwracając na obecność siatkarza zaczęłam nucić lecącą w radiu melodię.- „Jesteś głęboko pocięta, nawet we śnie czujesz swoje blizny. Co nas nie zabiło sprawiło, że staliśmy się silniejsi. Każda z historii pozostawiła na naszej skórze ślad.”*
- Panie Anderson, nie spodziewałam się po Panu takiej głębi.- Uśmiechnęłam się, gdy coś mi się przypomniało.- Pamiętasz naszą zabawę z dzieciństwa?

- Dobieranie- zrobił w powietrzu cudzysłów- odpowiednich piosenek do wymyślonej sytuacji?- Pokiwałam twierdząco głowo, na co dumnie wypiął pierś i dodał.- Jakbym mógł zapomnieć, przecież sam ją wymyśliłem.
- Jesteś idiotą Matt, wiesz o tym prawda?- Najwyraźniej coś było ze mną nie tak, bo kiedyś pewnie bym go zwymyślała za takie buńczuczne teksty (nawet żartobliwe) a teraz tylko z niedowierzaniem pokręciłam głową.
- Owszem, ale za to, jakim przystojnym idiotą!- Zasłoniłam sobie usta dłonią, bo wyrwało mi się niekontrolowane parsknięcie.- Poza tym za to właśnie mnie kochasz.- Miał zmieszany wyraz twarzy, kiedy zobaczył moją przerażoną minę.
-Piosenka, którą puścisz, gdy będziesz chciała poprawić komuś humor.- Wypaliłam starając się zamaskować moje wcześniejsze zachowanie, na co ten posłał mi takie spojrzenie jakby potwierdziły się jego najbardziej ukryte pragnienia.

- Happy Pharella albo nie, czekaj… -przymknął oczy głęboko się nad czymś zastanawiając.- Shut up and Dance! To jest dopiero idealny poprawiacz humoru. No to teraz moja kolej.- Zatarł ręce z iście szatańskim uśmiechem.- Co byś zaśpiewała komuś, kiedy chciałabyś wyznać mu swoje uczucia?- Jakbym wiedziała, ze tak to się potoczy to w życiu bym nie podjęła tematu naszej zabawy sprzed lat.
- „W tobie moje serce znalazło dom”.**- Wyszeptałam w cichej nadziei, że jakimś cudem tego nie usłyszy.
- Tylko tyle? Jeden wers?
- A ty cwaniaku, co byś wybrał?- Zła, że nie bierze mnie poważnie mocnej zaczęłam zagniatać ciasto, czym wzburzyłam obłok mąki.
- „(…) dla ciebie mogę żyć. (…) Jeszcze znajdę więcej sił, będę walczył, będę kochał, będę się o ciebie bił”.***
- Nie ma takiej piosenki.- Powiedziałam po chwili milczenia, jaka nastąpiła po jego słowach.

- Bo to polski utwór- zabawnie przekrzywił głowę-, więc możesz go nie kojarzyć.
- Ty też nie wiesz wszystkiego.- Choć nie zamierzałam to zabrzmiałam uszczypliwie.
- Coś ty powiedziała?-  Za każdym razem, gdy słyszałam w jego głosie tą specyficzną nutę mogłam spodziewać się wszystkiego. Tym razem, wykorzystując umiejętności nabyte przez lata gry w siatkówkę, zwinnie przeskoczył na drugą stronę stołu i wysypał mi na głowę resztę mąki z papierowej torebki.
Takie chwile jak te, krótkie momenty beztroski, potrafią wyciągnąć człowieka z najgłębszej otchłani.
 Był taki czas, kiedy myślałam, że nic dobrego już mnie nie spotka. Dalej zdarzają się noce, gdy przerażona budzę się zlana potem. W pierwszym sekundach po przebudzeniu nie jestem pewna, co się dzieje, sen zakrada się do rzeczywistości i przez ułamki sekund jestem przekonana, że leże w namiocie pod rozgwieżdżonym, nocnym niebem nad Irakiem. W końcu uświadamiam sobie i że jestem w domu, wśród osób, na które mogę liczyć w każdej sytuacji. Czasami zastanawiam się jakby wyglądało moje życie gdybym nie poznała pewnych osób, nie przeżyła pewnych chwil, gdybym nie miała pewnych problemów i osób, które pomogłyby mi je rozwiązać. Byłoby zdecydowanie inaczej, czy lepiej tego nie wiem.

Niemniej jednak nie jestem w stanie sobie wyobrazić jak wyglądałby moje życie gdybym nigdy miała nie spotkać Matta. Próbuję się jakoś uwolnić, gdy Anderson gilgocze mnie bez opamiętania, ale nijak mi to nie wychodzi. Jako jedyny, mały sukces mogę sobie zaliczyć rozbicie mu na głowie jajka.
Gdy kuchnia wygląda już jakby ktoś spuścił w niej bombę ta mała bitwa się kończy a nasze twarze znajdują się niebezpiecznie blisko siebie a ja oczywiście muszę kichnąć-, bo unosząca się w powietrzu mąka drażni mi nos-, przez co zderzamy się czołami.
- Chyba już sobie pójdę, tak dla własnego bezpieczeństwa.- Stwierdza rozcierając sobie bolące miejsce. Chyba oczekuje, że coś powiem, ale przyglądam mu się tylko z głupkowatą miną.
Kiedy się żegnamy przez chwilę obserwuję przez ono jak przechodzi na drugą stronę ulicy a mi przypominają mi się wersy z melancholijnej, może nawet nieco depresyjnej piosenki.

„Czy to możliwe, że Pan Którego Mogłabym Pokochać
Znajduje się już w moim życiu?”****


-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.

Czytasz + Komentujesz = Motywujesz

Piosenki cytowane w tym rozdziale:

Myślałby kto, że po takiej przerwie rozdział będzie niewiadomo jak długi i dużo się będzie działo ale tak nie jest. Jakoś jaka jest każdy widzi, o ile z pierwszej części jestem zadowolona tak później coś „siada” (Kamila proszę cię nie bij mnie, że narzekam).
Chciałabym obiecać wam, ze postaram się zamieszczać coś tutaj częściej, ale tak to już jest, że choćby się chciało nie zawsze jest czas, aby siąść i coś napisać.
Piękne dzięki za nominacje do Liebster Award, postaram się odpowiedzieć na zadane pytania w miarę szybko
Do następnego,

Artis.

sobota, 6 lutego 2016

Rozdział 4



               Każdy człowiek ma coś, co wyróżnia go spośród innych. Dla jednych jest to wzrost, talent do malowania, optymistyczne nastawienie do świata czy tak jak w przypadku Margaret umiejętność rozmowy. Wiem, brzmi dziwnie. No, bo co może być trudnego w zamienieniu kilku słów z drugą osobą? Jeśli jest się milczkiem czy kimś chorobliwie nieśmiałym może to stanowić poważny problem. Jednak blondynka, choć moim zdaniem nie zdaje sobie z tego sprawy, ma w sobie coś takiego, że ludzie odruchowo jej ufają i szybciej otwierają się na nią niż na innych. W podobny sposób zadziałała na Ryana.

- To nie moja zasługa.- stwierdziła z uśmiechem, gdy przekazałam jej swoje spostrzeżenie.- Tylko twoja. Nie dostrzegasz tego, ale bywasz… onieśmielająca to chyba będzie najlepsze określenie. Zmieniłaś się nie przeczę, ale dalej zdarza Ci się emanować pewnością siebie potrafiącą przytłoczyć innych. Być może dlatego on- wskazała na Calighana toczącego pełną napięcia rozmowę z Andersonem- poczuł się nieco pewniej gdy znalazł się w większej grupie.
Coś mogłi w tym być. Chłopak nie dostał słowotoku, co to to nie ale miło było posłuchać z jaką pasją opowiada o swojej pracy masażysty.
- Bylebyś tylko pewnych osób za bardzo nie wymasował.- wypowiadając te słowa Matt zaskoczył nie tylko mnie. Rayan wyglądał jakby zastanawiał się czy sportowiec przypadkiem nie oberwał ostatnio za mocno w głowę. Nie chodzi nawet o zimny ton jego głosu, który zastąpił grzeczną rezerwę, ale o fakt iż przenosił wzrok to ze mnie to na mojego współlokatora.

Po tych kilku słowach atmosfera jakoś siadła i miło tocząca się konwersacja przerodziła się w dziwnie napiętą sytuację. Nie trzeba było długo czekać aż Anderson zmył się do domu pod pierwszym, lepszym pretekstem, jaki mu przyszedł do głowy.
- Możesz podać mi dzbanek?- spytał Calighan wskazując na szklane naczynie. Podczas gdy moja przyjaciółka brała prysznic wzięliśmy się za mycie garów, których uzbierało się sporo jak na naszą nieliczną grupę.
Podałam mu przedmiot, o który prosił a ponieważ miał wilgotne dłonie ten łatwo mu się wyślizgnął i roztrzaskał o posadzkę. Jęknęłam tylko na ten widok i wzięłam się do zbierania ostrych odłamków, z których jeden boleśnie przeciął mi skórę dłoni. Na widok płynącej krwi serce zaczęło mi gwałtownie przyspieszać.

To miał być zwykły patrol, wizyta w górskiej wiosce gdzie mieliśmy dostarczyć zapasy lekarstw do szpitala polowego. Podeszłam do chłopca lezącego na jednym ze składanych łóżek i podałam mu misia, który spadł na ziemię poza zasięg jego rąk. Uśmiechnął się do mnie słabo, ale to wystarczyło, żeby rozjaśnić jego zapłakaną twarzyczkę. Poprawiłam opatrunki poznaczone czerwienią krwi i zapewniłam, że wszystko będzie dobrze, choć przecież nie mógł mnie zrozumieć. Nic nie było dobrze. Już, kiedy wróciliśmy do bazy dotarła do nas wiadomość, że krótko po naszym wyjeździe na chodniku tuż obok szpitala wybuchł samochód pułapka. Chłopiec nie przeżył.

- Ash? Wszystko w porządku? Choć muszę Ci to opatrzyć.- poczułam jak chłopak łapię mnie za rękę.
- Nie dotykaj mnie!- wyrwałam mu się nadal roztrzęsiona po powrocie wspomnień, od których starałam się odciąć.
- To tylko drobne skaleczenie, założę Ci bandaż i wszystko będzie dobrze…
- Nic nie będzie dobrze słyszysz?!
- Posłuchaj wiem, że…
- Ty nic nie łapiesz! Nawet nie próbuj mnie zrozumieć!- zacisnęłam powieki i oparłam się mocno o kuchenne szafki, prawie tak jakbym chciała być kameleonem i wtopić się w otoczenie żeby nikt mnie już nie zauważył.
- Nie mam takiego zamiaru a wiesz, dlaczego?- zbita z pantałyku zimnym głosem, tego cichego, ale mimo wszystko sympatycznego chłopaka podniosłam wzrok.- Bo najwyraźniej sama nie wiesz, czemu tak się zachowujesz. I wiesz, co? Nie jesteś pępkiem świata, inni też przeżywają różne tragedie.- skończył, po czym z furią zatrzasnął drzwi od swojego pokoju.

*

Moja przyjaciółka następnego dnia uznał, że ma za mało ruchu i chętnie by to w jakiś sposób zmieniła. Tylko, że nie przypuszczał, iż damy jej aż taki wycisk.
- Nigdy więcej mnie do tego nie namówicie, mowy nie ma!- oznajmiła Margaret jednocześnie złym i zmęczonym głosem.- Siatkówka, też mi coś jak można grać w coś tak brutalnego?!
- Brutalnego? Piłka ręczna to jest dopiero bezwzględny sport.- oznajmił Matt upijając łyk mrożonej kawy.
- A ty niby skąd możesz o tym wiedzieć?- łypnęłam na niego powątpiewająco.
- Chłopaki z reprezentacji Polski próbowali mnie czegoś tam nauczyć. Jedyne, co to nabawiłem się paru siniaków.- wzruszył ramionami.
- No patrz a ja myślałam, że tobie wszystko się udaje.- uśmiechnęłam się do niego zaczepnie.
- Ty nie bądź taka mądra Herondale.- poprosił grożąc mi palcem.- Nie zawsze wszystko wszystkim musi wychodzić.

- Nawet tobie, choć pamiętam jak pod wpływem udało mi się wcisnąć tobie parę asów.- przypomniałam mu i zaplątałam dumnie ręce na klatce piersiowej.
- Nigdy nie przestaniesz mi tego wypominać.- w odpowiedzi uśmiechnęłam się szeroko potwierdzając tym samym jego obawy.- Możesz coś dla mnie zrobić?
-Zależy, o co chcesz mnie prosić.- niepewna, o co może mu chodzić odruchowo się zgarbiłam jakby to w jakiś sposób mogło mi pomóc ukryć się przed jego wzrokiem.
- Nie zmieniaj się. Tylko może od alkoholu trzymaj się z daleka- na te słowa zdzieliłam go w ramię.- No, co?! Nie wiem czy zawsze będę mógł Cie ratować.- podparł się pod boki w pozie ala superbohater.
-Ekhem Halo ziemia!- Margaret machała rękami jak opętana, czym zdołała w końcu zwrócić naszą uwagę, bo przez dłuższą chwilę wydurnialiśmy się nie zapominając, ze jest tuż obok..- Nie chcę przerywać tego cokolwiek się tu dzieje- wskazała wymownie na naszą dwójkę-, ale muszę się pożegnać, bo mi transport ucieknie.- i faktycznie przy krawężniku zatrzymał się samochód, za którego kierownicą siedziała Alice, dziewczyna, którą moja przyjaciółka poznała podczas stażu w klinice weterynaryjnej.

Żałowałam, że nie mogła zostać dłużej, ale choć byłyśmy blisko to każda z nas miała swoje życie i obowiązki, które musiała spełniać.
- Naprawdę uważam, że bylibyście fajną parą.- wyszeptała mi do ucha, kiedy przytuliłam ją na pożegnanie.- A ty Anderson się nie poddawaj.- zanim zniknęła we wnętrzu auta zaserwowała siatkarzowi porozumiewawcze spojrzenie.
Przez chwilę nerwowo przystępowałam z nogi na nogę wpatrując się w tuman kurzu wzbijany przez poruszające się ulicą pojazdy.
Coś się we mnie zmieniało. Nie tylko dzięki aluzjom, czy temu krótkiemu zdaniu wypowiedzianemu przez moją przyjaciółkę, zaczęły do mnie docierać pewne oczywiste prawdy. Powoli, ale poczęłam inaczej postrzegać swoje uczucia. Nie byłam ich pewna, nie wiedziałam czy czegoś sobie nie uroiłam, bo nawet czasami, gdy znasz kogoś całe życie nie jest łatwo dostrzec, gdy coś zaczyna się między nami zmieniać.

Kiedyś spotkałam się ze stwierdzeniem, że czasami przyjaciele przestają być przyjaciółmi a stają się sobie bliscy niczym rodzeństwo. Co jednak, gdy to, co było między dwiema osobami zaczyna przeradzać się… Nie, nie mogę o tym tak myśleć. Pokręciłam głową jakbym mogła w ten sposób przegonić na swój sposób straszne, ale też przyjemne myśli.
-Na mnie też już pora.- spojrzałam na chłopaka zdezorientowana marszcząc brwi.- Chciałem wpaść w odwiedziny do dziadków, przecież Ci mówiłem, zapomniałaś?
- O zakręcona ja!- pacnęłam się w czoło.- Faktycznie coś mi teraz świta.- uśmiechnęłam się do niego przepraszająco.- Całkiem mi to z głowy wyleciało.
- Na twoje szczęście skleroza nie boli.- stwierdził ironicznie.- Jakieś ciekawe plany na weekend?
- Jess chyba wpadnie z Johnem.- wspomniałam siostrę i jej czteroletniego synka, którzy mieszkali na drugim końcu kraju.

- A co słychać u Davida?- spytał o mojego starszego brata.
- Pracuje nad jakimś filmem, czyjąś biografią.- próbowałam sobie przypomnieć, o jaką znaną osobę może chodzić, ale nazwisko gdzieś mi uleciało.- Zawsze mówił, że chce zostać reżyserem, ale nie przypuszczałam, iż Hollywood wciągnie go aż tak bardzo.
-Co z waszym ojcem? Coś się między nimi zmieniło?- naprawdę był szczerze zaciekawiony tym, co między nimi zaszło parę lat temu, co mnie nie dziwi, bo zawsze miał z moim bratem dobry kontakt.
- Bez zmian. Staruszek nadal nie może mu wybaczyć, ciągle zastanawia się gdzie popełnił błąd, że jego jedyny syn okazał się gejem.- czasami miałam wrażenie jakby mój rodziciel poglądy czerpał z najgłębszym odmętów średniowiecza.
- Wszystko się jakoś ułoży, wszystko słyszysz?- pogładził mnie delikatnie po policzku i uśmiechnął się dodając otuchy. Poczułam jak policzki oblewa mi zdradziecki pąs, co w obecności Matta zdarzało mi się ostatnio coraz częściej. Tym razem nie wywołało go zawstydzenie poufałym gestem, jakim mnie obdarzył. Złapałam się na chęci, aby ta chwila trwała nieco dłużej i to pewnie, dlatego.


*


- Przestań tak wierzgać! - zaśmiałam się kolejny raz ochlapana przez mojego siostrzeńca.
Tego roku lato było wyjątkowo piękne a pogoda dopisywała niemal każdego dnia. Żeby choć trochę się ochłodzić i odetchnąć postanowiłam Johna nauczyć pływać, na co z ten ochotą przystał by dosyć szybko stracić wcześniejszy zapał.
- Ciocia ja się nigdy nie nauczę.- maluch wczepił się we mnie jak mała małpka.
- Nieprawda.- Z trudem powstrzymałam rozbawioną nutę, co nie umknęło uwadze chłopca, który popatrzył na mnie z miną pełną wyrzutu.
- A właśnie, że tak!- oderwał się ode mnie z trudem łapiąc równowagę na śliskim dnie basenu.
- Uda Ci się, możesz mi wierzyć.- odgarnęłam mu przyklejone do czoła mokre kosmyki.- Mi też na początku nie wychodziło.

- Ale przecież ciociu ty miałaś trenera!- powiedział to z taką miną jakby ten argument kończył dalszą dyskusję. Mogłam mu zacząć tłumaczyć, że na początku musiałam sobie radzić sama, ale raczej wiele by to nie dało. Postanowiłam więc podejść do problemu nieco z innej strony.
- Jak chcesz to mogę zostać twoim osobistym trenerem.- przez chwile przyglądał mi się czujnie jakby chciał się upewnić czy nie stroję sobie z niego żartów, ale w końcu potakująco pokiwał głową. Trochę to trwało, ale w końcu, późnym popołudniem, załapał, o co chodzi. Jego ruchy stały się bardziej miarowe i był w stanie przepłynąć krótki odcinek. Kiedy biegł do swojej mamy, aby pochwalić się postępami cieszyłam się mogąc być tego częścią tak jak Matt był nieodzownym elementem najpiękniejszych chwil, jakie dane było mi przeżyć.


*

- Babcia prosiła, żeby ci to dać.- Anderson podał mi kawałek ciasta z owocami.
- Cudownie pachnie.- zaciągnęłam się niezwykłym aromatem.- podziękuj jej ode mnie.
- Tęskniłem za tobą.- oznajmił zamykając mnie w mocnym uścisku, który zawsze dawał mi poczucie bezpieczeństwa, ale tym razem spowodował przeciągły jęk.- Czegoś takiego się nie spodziewałem.- spojrzał na mnie zastanawiając się pewnie, co mogło wywołać taką reakcję.
- Moje plecy…- wyszeptałam cicho, na co ten odchylił ostrożnie materiał koszulki i przeciągle zagwizdał
- O la la, gdzieś ty się tak załatwiła?
- Uczyłam Johna pływać i zapomniałam posmarować się olejkiem. To nie jest śmieszne!- z niedowierzaniem patrzyłam jak próbuje powstrzymać się od roześmiania się w głos.- Czekaj, gdzie ty idziesz?- Spytałam, gdy wychodził z mojego pokoju.

- Masz jajka?- najwidoczniej nie tylko ja za dużo przebywałam na słońcu i ktoś jeszcze dostał tu udaru.- Plecy masz takie czerwone, że spokojnie można na nich smażyć jajecznicę.
- Anderson?
- Co?
- Ciebie to już do reszty pogrzało.
- Kto, z kim przystaje takim się staje- puścił mi oczko i zniknął za drzwiami.
Przez kilka chwil z kuchni dochodziły odgłosy jakby czegoś szukał i wkrótce wrócił do mnie z kubkiem kefiru w jednej ręce i ściereczką w drugiej.

- Domowe sposoby dobre na wszystko.- stwierdził i usiadła za mną na kanapie.- Ashley?
- Co znowu?
- No… jak mam Ci pomóc to musisz ściągnąć bluzkę.- czy mi się wydaje czy głos mu zadrżał, kiedy to mówił?
Jak najostrożniej, żeby niepotrzebnie nie drażnić skóry, ściągnęłam t-chirt i zostałam w samym staniku. Od razu poczułam przyjemny chłód znaczący rozpaloną skórę, kiedy sportowiec zaczął robić mi okład z kefiru
Na krótko przed burzą w powietrzu można wyczuć zmiany zwiastujące jej nadejście. Powietrze jest inne, jakby naładowane elektrycznością. Zupełnie jak teraz między nami.
Choć jego dotyk przynosił mi ulgę czułam lekkie mrowienie w miejscach gdzie mnie dotknął.
- Jak dobrze pójdzie skóra nie powinna Ci schodzić.- dopiero, gdy się odezwał uświadomiłam sobie, że skończył i że milczeliśmy od jakiegoś czasu.
- Jesteś moim osobistym aniołem stróżem.- obróciłam się do niego i chwyciłam leżący obok ciuch aby się nim zasłonić, nagle zawstydzona faktem że mógłby zobaczyć mnie roznegliżowaną.
- Ktoś musi, inaczej byś przepadła.- w jego oczach zatańczyły wesołe iskierki.- Muszę się zbierać.
- Widzimy się jutro?

- Jasne. Wiesz, wizyta kontrolna musi być.- na odchodne jak zawsze cmoknął mnie w policzek, ale i w tym geście coś się zmieniło. Już nie był taki spontaniczny, wkradł się w niego pewien charakterystyczny rodzaj napięcia.
Przez moje życie przewinęło się sporo mężczyzn. jedni zagościli w nim na dłużej inni na krócej a niektórym łączył mnie niezobowiązujący flirt. Jednak przy nikim serce nie biło mi w taki sposób jak w tej chwili.

.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-

Opowiadanie jest łatwo zacząć pisać i publikować gorzej już jest z jego zakończeniem
Dałam sobie tydzień więcej na napisanie tego rozdziału, bo miał być idealny a wyszło jak zawsze. Może nie jest aż tak tragicznie, ale końcówka, na której szczególnie mi zależało szczególnie „nie zagrała”.
Co mogę powiedzieć, zanosi się na to, że to opowiadanie skończy się dużo szybciej niż to planowałam, ale sama jestem sobie winna, bo nie przemyślałam do końca decyzji o jego publikacji.

@ Kamila- tobie powinni rodzice na drugie imię dać właśnie „spisek”. Czy ty przypadkiem nie masz mani prześladowczej? No kobieto, liczę na twoją spostrzegawczość i dobrą pamięć w związku z postacią Davida.
@ Alyssa- nie wiem skąd się to wzięło, ale jakoś trudno jest mi opisać to, co się dzieje między Mattem i Ash. Może jest tak, bo akurat w przypadku tego opowiadania, nie przemyślałam sobie dobrze wszystkiego, całej tej historii? Ciężko mi powiedzieć, ale dzięki za szczerość:)
@ BeHappy- Cieszę się, ze ci się podobało i dziękuje za miłe słowa.
@Wredna Ania- zaginęłaś ale grunt, ze się odnalazłaś ;)