niedziela, 18 września 2016

Rozdział 8



          Pierwsze promienie słońca przebijały się przez spowite chmurami niebo, spowijając miękkim blaskiem ulice Darien. Owinęłam się ciaśniej kocem, bo choć powietrze było orzeźwiające i rozjaśniło mi umysł to trochę zmarzłam. Z uśmiechem spojrzałam na leżący obok telefon.

„Ogłoszenie! Sprzedam buziaka na dobranoc w bardzo dobrym stanie. Zapewniam bardzo długie i przyjemne uczucie, które może trwać całą noc! Cena do uzgodnienia.”

Początkowo wzięłam to za zwykłą, spamową wiadomość wysłaną przez jednego z tych nadawców rozsyłających smsy z horoskopami, kawałami czy innego tego typu bzdurami. I niby już wcześniej przysyłał mi różne, mniej lub bardziej niepoważne smsy, to jednak, gdy w okienku nadawcy zobaczyłam „ Matt A.” Zrobiło mi się jakoś tak ciepło na sercu i od tamtej pory nie przestawałam sama się do siebie uśmiechać. Co zresztą nie umknęło uwadze innych. Na przykład taka pani ze spożywczaka wprost spytała czy aby na pewno dobrze się czuję, kiedy głosem niczym nastolatka przeżywająca pierwsze miłosne uniesienie oznajmiłam, że wygląda dzisiaj wyjątkowo uroczo. Człowiek jest szczęśliwy a biorą go za wariata.

- Ty weź pomyśl, co będzie jak się odważy cie pocałować. Obejmuje Cię, tuli się do ciebie ciągle. Ciągnie go do Ciebie jak mysz do sera.- Zakrztusiłam się słysząc do porównanie.- No i jeszcze proponuje, żebyście obejrzeli film gdzie bohaterowie prawie bezustannie się do siebie kleją jakby coś sugerował…
- Ale…
- Ty weź mi nie przerywaj- Margaret zagroziła mi palcem- Tylko nie mów mi, że w komediach romantycznych to całkiem normalne. No i jeszcze ta wiadomość. Ja Ci mówię, coś się święci, czuję to w kościach.
Podobno jak dwie osoby coś przeczuwają to jest coś na rzeczy i należy zaufać ich intuicji.
- Blondyna może mieć rację.- Stwierdził David, mój brat, gdy zrelacjonowałam mu naszą ostatnią rozmowę.-  Tylko, wiesz co? Trochę się o niego boję.
- Stało się coś?- Niby mogłam wyczuć w jego głosie żartobliwy ton, ale i tak naszły mnie czarne myśli.
- Jeszcze nie, tylko sama pomyśl- przerwał na chwilę dając mi czas do namysłu-, co się może stać jak znowu się spotkacie skoro masz z nimi takie a nie inne fantazje.- Wybuchnął śmiechem na widok mojej miny a ja obiecałam sobie, że już nigdy nie opowiem mu żadnego snu z Mattem w roli głównej. Kiedyś powiedział, że jako gej na niektóre sprawy ma inne spojrzenie i myślałam, ze może jakoś mi pomoże (jakby trudno było zinterpretować wymysły mojej wyobraźni, ale ciii) a tu spotkałam się z taka reakcją. Mimo wszystko dobrze się komuś wygadać, czasem z największych głupot (a może szczególnie wtedy), nawet, jeśli reakcja tej drugiej osoby jest daleka od tego, czego byśmy oczekiwali.

Choć tak naprawdę niewiele się pomylił.
To było jakieś dwa tygodnie po tym jak obiecał na mnie poczekać, jeszcze nie była na żadnym spotkaniu grupy wsparcia i dopiero nosiłam się z takim zamiarem. Jak już wielokrotnie wspominałam czasami niewiele trzeba żebym się rozkleiła i złapała doła. Wtedy wystarczył cięższy dzień w pracy i kilka słów, które (co teraz widzę wyraźnie) za bardzo wzięłam do siebie.
Nikomu nic nie mówiąc pojechałam rowerem w jedyne miejsce gdzie miałam pewność, że będę mieć święty spokój. Kilka kilometrów od zgiełku miasteczka, w środku lasu były ukryte wodospady, o których choć wiedzieli wszyscy okoliczni mieszkańcy to niewiele osób tu zaglądało. Usiadłam na brzegu stawu, do którego z hukiem wpadała woda i zanurzyłam stopy w orzeźwiającej cieczy. Nie wiem ile tak siedziałam, ale kiedy uznałam, że już czas wracać do domu zobaczyłam siedzącego na skraju polany Matta przyglądającego mi się z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Nie zastanawiając się nad tym, co robię, jakby opcja myślenie została u mnie tymczasowo wyłączona, podeszłam do niego, usiadłam okrakiem na kolanach i już miałam go pocałować, kiedy zasłonił mi usta dłonią.

- Chcę tego, pojęcia nie masz jak bardzo. Tylko nie teraz, nie, kiedy sama nie wiesz, co się z tobą dzieje.- Stwierdził i postukał mnie palcem w skroń.
Są faceci i jest Anderson. Inni bez mrugnięcia okiem wykorzystaliby sytuację a ten zachowuje się honorowo, co zbija mnie z tropu do tego stopnia, że bez słowa protestu pozwalam zaprowadzić się do domu.
Przeciągam się jakbym dopiero, co wstała, ale nie śpię od kilku godzin. Może i w moim życiu jest ostatnio spokojniej, ale i tak od czasu do czasu nawiedzają mnie urywane, niespokojne noce, kiedy na przemian odpływam w ramiona morfeusza i budzę się z uczuciem przerażenia, które nie chce odejść. Podnoszę się z ławki zrobionej z palet, przez jednego z byłych mieszkańców budynku i po kilkuminutowej wspinaczce po schodach przeciwpożarowych pnących się po tylnej ścianie budynku znikamy w ciepłym wnętrzu swojego pokoju.

Kiedy odkładam złożony w zgrabną kostkę koc mój wzrok pada na zdjęcie stojące na szafce nocnej. Jesteśmy na nim we trójkę. Ja, David i Anderson. Przy czym ten ostatni nie w całości, ze tak powiem. Nie jestem pewna na ile specjalnie na ile przypadkowo, ale Martyna, wzięta pani fotograf a prywatnie przyjaciółka mojego brata i żona Andrzeja Wrony, tak wykadrowała naszą grupkę, że siatkarzowi ucięło część głowy i wygląda trochę jak po trepanacji czaszki. Matt stwierdził, że skoro zawodowo zajmuje się fotografią to można by pomyśleć, iż tego typu błędy są jej obce. Co dziewczyna skwitowała z uśmiechem uwagą, że nikt mu taki duży rosnąć nie kazał i niech teraz cierpi. Pamiętam, że podczas krótkich odwiedzin przed kilku laty państwa W., po tym jak Andrzej przytulił swoją ukochaną, pomyślałam, że ja też chciałabym, aby mnie połączyło z kimś równie niezwykłe uczucie. W tedy nawet przez głowę mi nie przeszło, że ten ktoś może być tuż, obok ale czasem najbardziej ślepi jesteśmy na to, co jest na wyciągnięcie reki. Potrzasnęłam głową, starając się odpędzić myśli. Z jakiś powodów nie lubiłam myśleć pozytywnie o tym, co mogłoby być między mną a atakującym. Z tyłu głowy siedziało mi powiedzenie mojej babci o tym, żeby lepiej sobie niczego nie planować, bo czasem im bardziej czegoś chcemy tym większe prawdopodobieństwo, że nic z tego nie będzie.
Zrzucam z siebie wysłużoną piżamę i zaczynam przeglądać zawartość szafy.

- Przyszykowałem śniadanie gdybyś miała ochotę coś zjeść.- Na chwilę przedtem jak do mojego pokoju wparował Ryan usłyszałam skrzypienie podłogi i czym prędzej wskoczyłam w sukienkę. Jeszcze tego brakowało, żeby zobaczył mnie w negliżu. Wystarczy to jak ostatnio się zachowywał.
Podobno człowiekowi dano wyobraźnię, by zrekompensować mu to, czego nie ma. Czasami bywa, że to, co sobie w głowie wykreujemy spełnia się po części i to daje na pewną radość. Jednak bywa i tak, że nie wiemy jak interpretować to, co dzieje się dookoła nas i wzbudza w nas to niepokój, że coś, czego nie mamy, ale bardzo byśmy chcieli może przepaść bezpowrotnie.
Dzisiejsze śniadanie cz inne zwykłe gesty, na co dzień normalnie uznałabym za przejaw uprzejmości i sympatii, ale było coś jeszcze. Coś w jego wzroku, co nie dawało mi spokoju, jakby oczekiwał czegoś w zamian. Z jakiegoś powodu wzbudza to we mnie niepokój a gdzieś głęboko zaczyna się zagnieżdżać, póki, co odległe, uczucie niepokoju.

Jako, że jest sobota i mam wolne nigdzie nie muszę się spieszyć a pomimo to kręcę się z kąta w kąt, bo obiecałam sobie, że zrobię coś, czego nie robiłam od lat. W końcu biorę głęboki oddech i nim zdążę się rozmyślić kieruję swoje kroki kilka przecznic dalej. Staję przed niskim budynkiem, gdzie kiedyś spędzałam tygodniowo więcej godzin niż niektórzy ludzie w ciągu całego roku. Spędzone kilka chwil szatni wypełniają rutynowe ruchy, kiedyś tak bardzo znajoma a dziś obce. Owiniętą ręcznikiem wchodzę na pływalnię wypełnioną charakterystycznym zapachem chloru. Od wypadku moja noga nigdy tu nie postała, ani tu ani na żadnym innym basenie. Uznałam, że skoro kontuzja na zawsze pokrzyżowała moje plany względem zawodowego pływania równie dobrze mogę tego nie robić już nigdy.
Lęki są po to, aby je przezwyciężać.

Mijam grupkę dzieciaków zgromadzonych wokół instruktora i zastanawiam się czy może wśród nich jest kolejny talent na miarę Michaela Phelpsa.
Schodzę po chłodnej drabince do basenu i waham się tylko przez chwilę, kiedy stopy zanurzają się w falującej lekko wodzie, po czym cała się w niej zanurzam. Trzęsącymi się palcami przytrzymuje się brzegu i w którymś momencie zbieram się na odwagę, odpycham się i pozwalam wyuczonym ruchom przejąć kontrolę. Czuję jak zesztywniałe mięśnie rozluźniają się. Zazwyczaj czujemy strach przed nieznanym a ja bałam się wrócić do tego, co było kiedyś tak bardzo znajome. Teraz czuję tylko radość, ale również ulgę.
Kiedy robię sobie kolację zaczynam poważnie zastanawiać się nad tym, co powiedział mój dawny trener. Że może warto by było spróbować szkolić innych i przekazać im swoje doświadczenia z tym sportem.

Kiedy zrelacjonowałam Andersonowi tamtą rozmowę przyznał mu rację.
- Podobno najlepszymi szkoleniowcami są słabi zawodnicy. Ty byłaś naprawdę dobra, pomyśl, więc co mogłabyś osiągnąć gdybyś chciała spróbować swoich sił jako trener.
 Leżący na parapecie telefon zaczyna wibrować i o ile to możliwe mój uśmiech się jeszcze poszerza.
- Wiesz, że właśnie o tobie myślałam?
- Jakoś mnie to nie dziwi.- Słyszę odpowiedź tak dobrze znanego mi głosu siatkarza.- Co byś powiedziała na kolację?
- Coś jak nasz ostatni obiad przez Skypea?- Pytam nawiązując do naszego ostatniego „wirtualnego posiłku.
- Myślałem o czymś bardziej tradycyjnym. Mogę być u ciebie za 5 minut?
- O rzesz cholera jasna!
- Takiej reakcji się nie spodziewałem.- Słyszę w jego głosie urazę.

- Nie Matt, to nie tak. Chętnie się z tobą gdzieś wybiorę- śmieję się lekko.- Tylko zaskoczyłeś mnie a to w połączeniu z faktem, że właśnie kroiłam warzywa nie wygląda najlepiej.- Oznajmiam przyglądając się obficie krwawiącemu palcowi.- Czekaj a ty nie powinieneś dzisiaj grać, jakiego meczu.- Spoglądam na kalendarz jakbym tam mogła znaleźć odpowiedź.
- Wiesz sport to nie zawsze jest zdrowie, czasami zdarzają się uraz a mi przydarzyła się akurat taka wykluczająca z gry, na co najmniej tydzień.- Powiedział to takim tonem jakbyśmy rozmawiali o pogodzie.
- Czekam na ciebie wariacie.- Kręcę z niedowierzaniem głową, ale cieszę się, że będziemy mogli spędzić razem te kilka dni.
Nie odwracam się, kiedy słyszę dźwięk przekręcanego klucza w drzwiach. Jakiś czas temu dałam Andersonowi komplet kluczy tak, żeby gdyby mnie nie zastał mógł się rozgościć.  Wtulam się w niego, gdy obejmuje mnie od tyłu i z przyjemnością zamykam oczy, których nie otwieram, gdy obraca mnie w swoją stronę i chwytając pod brodę składa na ustach tak długo wyczekiwany pocałunek. Nic. Żadnych fajerwerków, motyli w brzuchu czy ziemi usuwającej się spod stóp. Niczego, co myślałam, ze będzie towarzyszyć, gdy w końcu do tego dojdzie. Mimo to trwam w tym aż ponownie dociera do mnie odgłos otwieranych drzwi i wtedy się odrywam od chłopaka, którym nie jest Anderson tylko Scott.
- Matt zaczekaj, to nie tak!- Biegnę za (pozycja), który lotem błyskawicy zniknął równie szybko jak się pojawił. Jak mogłam się tak bardzo pomylić? A jednak jakimś cudem pomyliłam ich ze sobą i nic mnie nie usprawiedliwia. Jasne miałam zamknięte oczy a oboje są podobnego wzrostu i postury jednak nie mam nic, co mogłoby logicznie wyjaśnić to, co właśnie zaszło.
- Matt!- Potykając się wypadam na ulicę gdzie widzę odjeżdżające z piskiem opon auto.
Są takie chwile, których nie da się wymazać pamięci. Dla mnie będzie to rozpacz i zawód malujący się na jego twarzy.

-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.

Tak wygląda rozdział, na którego nie ma się pomysłu.
@Kamila- ułatwię tobie sprawę i sama sobie wykopię grób tylko powiedz gdzie.
















Spodek nocą dla tych, którzy z różnych powodów nie mogli być na Meczu Gwiazd

sobota, 6 sierpnia 2016

Rozdział 7



                 Gdy jesteś zagubiony to albo robisz głupoty albo kroczysz przez życie bez celu. Czasami nawet to i to. Jeśli nie wiesz, czego chcesz, przeżywasz bezmyślnie każdą kolejną chwilę aż w końcu orientujesz się, że czas niepostrzeżenie przeciekał Ci między palcami a ty jesteś zbyt stary, aby to zmienić czy coś osiągnąć nim kopniesz w kalendarz. Brzmi ponuro a miało być pozytywnie i znowu mi nie wyszło. Jak jestem radosna to zaczynam być roztrzepana niczym nastolatka i myśli kotłują się niczym osy w ulu, co w rezultacie skutkuje skakaniem od jednego wątku do drugiego. 

Znowu to robię… o czym to ja chciałam? A tak już wiem. Ważne, aby wyznaczyć sobie cel. Na początek nie koniecznie jakiś mega ambitny, wystarczy coś małego. Coś niezbyt skomplikowanego, czego realizacja może nam sprawiać przyjemność. Później stawiasz przed sobą kolejne wyzwanie i ani się obejrzysz a osiągasz coś, co na samym początku wydawało się niemożliwe. Jednak najważniejsze jest by wierzyć w to, co robimy. A ja wierzę, że pewnego dnia uporam się z tym, co mnie spotkało. Z kontuzją, wojną, depresją. I stanę się taką osobą jak dawniej. Nie, nie taką samą. Inną. Silniejszą. Taką, jaką chciałbym być. Beztroską dziewczyną, która jest szczęśliwa u boku Matta. No dobra, z tym to trochę a nawet bardzo się zagalopowałam. 

Najpierw jeden krok, potem drugi a może kiedyś coś tam ewentualnie będzie, ale najpierw muszę dojść do ładu z samą sobą.
Wiedziałam, że od czegoś muszę zacząć. Chwilę mi to zajęło, ale w końcu zdecydowałam. Choć moi najbliżsi byli zdziwieni, choć może nie tak jak Margaret, która upuściła szklankę z herbatą, gdy jej o tym mówiłam. W sumie nie dziwię im się. No, bo jeśli parę miesięcy temu łam z wizyt u psychologa a teraz postanowiłam uczestniczyć w spotkaniach grupy wsparcia to mieli prawo być zaskoczeni.

- Dzisiaj dołączyło nas Ashley- z zamyślenia wyrwał mnie Dan, miły pan w średnim wieku, który prowadził spotkania-przywitajmy ją brawami.- Na dźwięk oklasków chwyciłam się mocniej krzesła, na którym siedziałam. Tak na wszelki wypadek jakby ktoś miał zamiar wyciągnąć mnie na środek okręgu.
Było późne piątkowe parne popołudnie. Na plastikowych krzesłach siedziało kilka osób, z których każda przeżyła jakąś tragedię i nie mogąc sobie z nią poradzić przyszła do dusznej salki parafialnej.
- No wiec moja droga, powiedz nam, dlaczego tutaj przyszłaś?- Kręcąc się nerwowo spojrzałam po ludzkiej zbieraninie, która w normalnych okolicznościach, spotykając się na ulicy czy w sklepie nawet nie zamieniłaby ze sobą słowa.
- Próbowałam pomocy specjalisty, takiego jednego psychologa.- Przerwałam na chwilę żeby uspokoić oddech.- Tylko, że to nic nie dawało. Nie wiem… On wszystko to, co mnie spotkało oceniał strasznie chłodno. Nie zrozumcie mnie źle, nie chciałam jego współczucia- dla podkreślenia pokręciłam głową- ale miałam nieodparte wrażenia jakby zależało mu na odhaczeniu kolejnego pacjenta z listy a nie na tym, żeby mi jakoś pomóc. Wtedy bardzo tego potrzebowałam, chciałam, aby kto choć spróbował mnie zrozumieć.

- Ale?- Spytała Natalie, zbuntowana nastolatka z zielonymi pasemkami w blond włosach.
- Zdałam sobie sprawę, że każda tragedia jest na swój chory sposób wyjątkowa i niepowtarzalna i tak naprawdę nikt nie będzie w stanie zrozumieć tego, co mnie dotknęło tak do końca. Może mieć jedynie o tym nikłe pojęcie.
- Z pewnością jest w tym coś z prawdy- Dan z uznaniem pokiwał głową-, ale nadal nie odpowiedziałaś na moje pytanie.- Wpatrywał się we mnie intensywnie i choć przyszłam tu w jakimś konkretnym celu to miałam opór, aby o tym opowiedzieć.
- Jest ktoś, na kim mi zależy.- Odparłam po chwili milczenia.- Chciałabym z nim być- uświadomiłam sobie to z całą mocą na chwilę przed tym jak wypowiedziałam te słowa.- Ale żeby tak się stało muszę uporać się z tym, co się stało. Inaczej to nie będzie uczciwe ani względem niego ani mnie.
- No dobra, ale co takiego się stało?- Siedzący po mojej lewej Paul miał zaciekawioną minę niczym przedszkolak.

Chciałam im powiedzieć, bo przecież po to tam przyszłam. Matt, Margaret, moim rodzice, rodzeństwo. Z każdym z nich rozmawiałam o tym, co się działo na wojnie, pobieżne, ale jednak. Może właśnie w tym tkwił problem, że nie byłam w stanie (albo nie chciałam, zależy jak patrzeć) przeanalizować wszystkiego dogłębnie.
Może jednak cierpiałam na rozdwojenie jaźni.
- Jeśli nie chcesz nie mów. Zwierzysz się nam, gdy będziesz na to gotowa.- Dan uśmiechnął się do mnie krzepiąco.- Byleby nie trwało to za długo.- Zaśmiał się jakby opowiedział świetny żart a ja miałam wrażenie, że ostatnie zdanie mogę spokojnie uznać za swoje tymczasowe motto życiowe.


*

              Istnieją dwa powody, które nie pozwalają ludziom spełnić swoich marzeń. Najczęściej po prostu uważają je za nierealne. A czasem na skutek nagłej zmiany losu pojmują, że spełnienie marzeń przestaje być możliwe, gdy się tego najmniej spodziewają. Budzi się w nich strach, przed wejściem na obcą dotąd ścieżkę, która prowadzi w nieznane, strach przed utratą tego, do czego przywykliśmy. Pewnego rodzaju bezpiecznej, ale też nudnej wygody jak to zgrabnie określił na którymś spotkaniu grupy wsparcia prowadzący je Dan,

Pierwsze spotkania nie należały do najłatwiejszych a najgorzej było, gdy musiałam opowiedzieć o swoim wypadku i późniejszych jego konsekwencjach, czyli decyzji o wstąpieniu do armii i wyjeździe do Iraku.  Choć zdarzyły się nieśmiałe słowa uznania „bo przecież zrobiłam do dla chwały USA”, (co nijak miało się do rzeczywistości) to na szczęście obyło się bez nadmiernych ochów i achów. Zdecydowanie było ta najbardziej płaczliwe spotkanie, gdzie łzy zaczęły płynąć strumieniami po tym jak Violet, kobieta w wieku mojej mamy, rozpłakała się po moich słowach i zaczęła wspominać syna, który zginął w Afganistanie. A ja na pytanie, czemu on nie żyje a mi nic nie jest nie byłam w stanie jej odpowiedzieć. Tak to się zaczęło, kolejnym zwierzeniom i czasami dramatycznym przeżyciom jakby nie było końca.

Bałam się tego jak będę się czuć po opowiedzeniu im swojej historii, czy nie najdą mnie jakieś czarne myśli i nie wpadnę w depresję, ale nic takiego się nie stało. Co zadziwiające czułam się dziwnie lekko i było to tak nieoczekiwane uczucie, że nie mogłam przestać się do siebie uśmiechać.
A Matt?  Musiał wyjechać do Kazania, aby przygotować się do zbliżającego się sezonu ligowego. Choć dzieliły nas tysiące kilometrów to- co może dziwnie zabrzmi- miałam wrażenie jakby codzienne rozmowy skracały ten dystans. Nie było jakiś wielkich deklaracji, górnolotnych słów a mimo to mieliśmy ten cichy rodzaj pewności, że rodzi się między nami coś wyjątkowego.
Pierwszy raz od dłuższego czasu miałam wrażenie, że zaczynam odzyskiwać kontrolę nad swoim życiem, że wszystko jest na swoim miejscu, układa się tak jak bym tego chciała.
Czemu w takim razie nie opuszczało mnie przeczucie, że wkrótce wszystko runie jak domek z kart?


-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.

Ot takie krótkie nic, pewnego rodzaju rozdział przejściowy gdzie tak naprawdę niewiele się dzieje