sobota, 6 sierpnia 2016

Rozdział 7



                 Gdy jesteś zagubiony to albo robisz głupoty albo kroczysz przez życie bez celu. Czasami nawet to i to. Jeśli nie wiesz, czego chcesz, przeżywasz bezmyślnie każdą kolejną chwilę aż w końcu orientujesz się, że czas niepostrzeżenie przeciekał Ci między palcami a ty jesteś zbyt stary, aby to zmienić czy coś osiągnąć nim kopniesz w kalendarz. Brzmi ponuro a miało być pozytywnie i znowu mi nie wyszło. Jak jestem radosna to zaczynam być roztrzepana niczym nastolatka i myśli kotłują się niczym osy w ulu, co w rezultacie skutkuje skakaniem od jednego wątku do drugiego. 

Znowu to robię… o czym to ja chciałam? A tak już wiem. Ważne, aby wyznaczyć sobie cel. Na początek nie koniecznie jakiś mega ambitny, wystarczy coś małego. Coś niezbyt skomplikowanego, czego realizacja może nam sprawiać przyjemność. Później stawiasz przed sobą kolejne wyzwanie i ani się obejrzysz a osiągasz coś, co na samym początku wydawało się niemożliwe. Jednak najważniejsze jest by wierzyć w to, co robimy. A ja wierzę, że pewnego dnia uporam się z tym, co mnie spotkało. Z kontuzją, wojną, depresją. I stanę się taką osobą jak dawniej. Nie, nie taką samą. Inną. Silniejszą. Taką, jaką chciałbym być. Beztroską dziewczyną, która jest szczęśliwa u boku Matta. No dobra, z tym to trochę a nawet bardzo się zagalopowałam. 

Najpierw jeden krok, potem drugi a może kiedyś coś tam ewentualnie będzie, ale najpierw muszę dojść do ładu z samą sobą.
Wiedziałam, że od czegoś muszę zacząć. Chwilę mi to zajęło, ale w końcu zdecydowałam. Choć moi najbliżsi byli zdziwieni, choć może nie tak jak Margaret, która upuściła szklankę z herbatą, gdy jej o tym mówiłam. W sumie nie dziwię im się. No, bo jeśli parę miesięcy temu łam z wizyt u psychologa a teraz postanowiłam uczestniczyć w spotkaniach grupy wsparcia to mieli prawo być zaskoczeni.

- Dzisiaj dołączyło nas Ashley- z zamyślenia wyrwał mnie Dan, miły pan w średnim wieku, który prowadził spotkania-przywitajmy ją brawami.- Na dźwięk oklasków chwyciłam się mocniej krzesła, na którym siedziałam. Tak na wszelki wypadek jakby ktoś miał zamiar wyciągnąć mnie na środek okręgu.
Było późne piątkowe parne popołudnie. Na plastikowych krzesłach siedziało kilka osób, z których każda przeżyła jakąś tragedię i nie mogąc sobie z nią poradzić przyszła do dusznej salki parafialnej.
- No wiec moja droga, powiedz nam, dlaczego tutaj przyszłaś?- Kręcąc się nerwowo spojrzałam po ludzkiej zbieraninie, która w normalnych okolicznościach, spotykając się na ulicy czy w sklepie nawet nie zamieniłaby ze sobą słowa.
- Próbowałam pomocy specjalisty, takiego jednego psychologa.- Przerwałam na chwilę żeby uspokoić oddech.- Tylko, że to nic nie dawało. Nie wiem… On wszystko to, co mnie spotkało oceniał strasznie chłodno. Nie zrozumcie mnie źle, nie chciałam jego współczucia- dla podkreślenia pokręciłam głową- ale miałam nieodparte wrażenia jakby zależało mu na odhaczeniu kolejnego pacjenta z listy a nie na tym, żeby mi jakoś pomóc. Wtedy bardzo tego potrzebowałam, chciałam, aby kto choć spróbował mnie zrozumieć.

- Ale?- Spytała Natalie, zbuntowana nastolatka z zielonymi pasemkami w blond włosach.
- Zdałam sobie sprawę, że każda tragedia jest na swój chory sposób wyjątkowa i niepowtarzalna i tak naprawdę nikt nie będzie w stanie zrozumieć tego, co mnie dotknęło tak do końca. Może mieć jedynie o tym nikłe pojęcie.
- Z pewnością jest w tym coś z prawdy- Dan z uznaniem pokiwał głową-, ale nadal nie odpowiedziałaś na moje pytanie.- Wpatrywał się we mnie intensywnie i choć przyszłam tu w jakimś konkretnym celu to miałam opór, aby o tym opowiedzieć.
- Jest ktoś, na kim mi zależy.- Odparłam po chwili milczenia.- Chciałabym z nim być- uświadomiłam sobie to z całą mocą na chwilę przed tym jak wypowiedziałam te słowa.- Ale żeby tak się stało muszę uporać się z tym, co się stało. Inaczej to nie będzie uczciwe ani względem niego ani mnie.
- No dobra, ale co takiego się stało?- Siedzący po mojej lewej Paul miał zaciekawioną minę niczym przedszkolak.

Chciałam im powiedzieć, bo przecież po to tam przyszłam. Matt, Margaret, moim rodzice, rodzeństwo. Z każdym z nich rozmawiałam o tym, co się działo na wojnie, pobieżne, ale jednak. Może właśnie w tym tkwił problem, że nie byłam w stanie (albo nie chciałam, zależy jak patrzeć) przeanalizować wszystkiego dogłębnie.
Może jednak cierpiałam na rozdwojenie jaźni.
- Jeśli nie chcesz nie mów. Zwierzysz się nam, gdy będziesz na to gotowa.- Dan uśmiechnął się do mnie krzepiąco.- Byleby nie trwało to za długo.- Zaśmiał się jakby opowiedział świetny żart a ja miałam wrażenie, że ostatnie zdanie mogę spokojnie uznać za swoje tymczasowe motto życiowe.


*

              Istnieją dwa powody, które nie pozwalają ludziom spełnić swoich marzeń. Najczęściej po prostu uważają je za nierealne. A czasem na skutek nagłej zmiany losu pojmują, że spełnienie marzeń przestaje być możliwe, gdy się tego najmniej spodziewają. Budzi się w nich strach, przed wejściem na obcą dotąd ścieżkę, która prowadzi w nieznane, strach przed utratą tego, do czego przywykliśmy. Pewnego rodzaju bezpiecznej, ale też nudnej wygody jak to zgrabnie określił na którymś spotkaniu grupy wsparcia prowadzący je Dan,

Pierwsze spotkania nie należały do najłatwiejszych a najgorzej było, gdy musiałam opowiedzieć o swoim wypadku i późniejszych jego konsekwencjach, czyli decyzji o wstąpieniu do armii i wyjeździe do Iraku.  Choć zdarzyły się nieśmiałe słowa uznania „bo przecież zrobiłam do dla chwały USA”, (co nijak miało się do rzeczywistości) to na szczęście obyło się bez nadmiernych ochów i achów. Zdecydowanie było ta najbardziej płaczliwe spotkanie, gdzie łzy zaczęły płynąć strumieniami po tym jak Violet, kobieta w wieku mojej mamy, rozpłakała się po moich słowach i zaczęła wspominać syna, który zginął w Afganistanie. A ja na pytanie, czemu on nie żyje a mi nic nie jest nie byłam w stanie jej odpowiedzieć. Tak to się zaczęło, kolejnym zwierzeniom i czasami dramatycznym przeżyciom jakby nie było końca.

Bałam się tego jak będę się czuć po opowiedzeniu im swojej historii, czy nie najdą mnie jakieś czarne myśli i nie wpadnę w depresję, ale nic takiego się nie stało. Co zadziwiające czułam się dziwnie lekko i było to tak nieoczekiwane uczucie, że nie mogłam przestać się do siebie uśmiechać.
A Matt?  Musiał wyjechać do Kazania, aby przygotować się do zbliżającego się sezonu ligowego. Choć dzieliły nas tysiące kilometrów to- co może dziwnie zabrzmi- miałam wrażenie jakby codzienne rozmowy skracały ten dystans. Nie było jakiś wielkich deklaracji, górnolotnych słów a mimo to mieliśmy ten cichy rodzaj pewności, że rodzi się między nami coś wyjątkowego.
Pierwszy raz od dłuższego czasu miałam wrażenie, że zaczynam odzyskiwać kontrolę nad swoim życiem, że wszystko jest na swoim miejscu, układa się tak jak bym tego chciała.
Czemu w takim razie nie opuszczało mnie przeczucie, że wkrótce wszystko runie jak domek z kart?


-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.

Ot takie krótkie nic, pewnego rodzaju rozdział przejściowy gdzie tak naprawdę niewiele się dzieje

sobota, 9 lipca 2016

Rozdział 6




          Bywa tak, że kiedy spełnia się coś, czego skrycie pragniemy to nie jesteśmy przekonani czy to dzieje się naprawdę.
Albo inaczej, nie możemy w to uwierzyć. Czy słowa, gesty tej drugiej osoby są na pewno szczere, czy czegoś sobie nie uroiliśmy i czy aby na opak nie odczytujemy pewnych znaków. Czasami życzeniowe myślenie potrafi być zgubne i w rezultacie możemy stracić to, co uważaliśmy dane raz na zawsze. Chyba właśnie tego bałam się najbardziej. Że cokolwiek było między mną a Mattem zmieni się, być może nawet do tego stopnia, że nie będziemy wstanie na siebie patrzeć a już na pewno nie w taki sposób jakbym chciała, aby na mnie patrzył.
Niepewność to taki dziwny stan.

Czas pędził jak oszalały aż zaczęłam podejrzewać, że jakiś szalony naukowiec wynalazł urządzenie sprawiające, że płynął zdecydowanie szybciej niż powinien. Każda możliwa chwila wypełniona była różnymi zajęciami. Czas mijający na przygotowaniach do dni miasta zlewał mi się w jedno i jakby ktoś mnie spytał, co robiłam dajmy na to w zeszłym tygodniu nie jestem pewna czy byłabym w stanie odpowiedzieć. Gdy na dzień przed rzuciłam się na swoje łóżko nie myślałam o niczym innym niż sen. Wtedy rozległ się dźwięk dzwoniącego telefonu. Widząc na wyświetlaczu imię rozmówcy pomyślałam, że kolejny raz wykazuje się kiepskim wyczuciem czasu.

- Cześć stara pindo.- Przywitałam się mając nadzieję, że uda mi się nie usnąć a ona nie poruszy tematu, o który zamęczała mnie od momentu, gdy dowiedziała się, co mam zamiar zrobić a w sumie, czego robić nie będę.
- Proszę cię grzecznie ty mnie nie zmuszaj, żebym zgłosiła Cię do programu Projekt Lady, to może tam Cię jakiś manier nauczą. No, ale do rzeczy- z jękiem przykryłam głowę poduszką, bo wiedziałam, co oznacza ten ton głosu. - W co masz zamiar się ubrać?- Spytała Margaret po raz enty.
- Ile razy mam Ci powtarzać, że nie wybieram się na te wiejskie tańce!- Teatralnie przewróciłam oczami i aż przeszedł mnie dreszcz na samą myśl, że miałam się bawić w rytm muzyki country. Niby był to nieodzowny element kultury mojego kraju, ale jakoś nigdy nie mogłam się do niego przekonać.- Obiecuję, że jak jeszcze raz usłyszę, że powinnam tam być, bo to przecież część mojej pracy nie ręczę za siebie i przy najbliższej możliwej okazji potraktuję Cie kijem bejsbolowym.- Oznajmiłam z poważnym tonem i w odpowiedzi usłyszałam jak po drugiej stronie śmieje się w głos.

- Ta, jasne. Chciałabym to zobaczyć.- W tej samej chwili prze skrzypiące drzwi weszła moja przyjaciółka. Szybko chwyciłam poduszkę, którą po chwili oberwała.
- To tak, żebyś nie myślała, że rzucam słowa na wiatr.
- Jesteś niemożliwa.- Pokręciła z niedowierzaniem głową.- Ash proszę Cię, tak nie można. Ile masz zamiar się chować w tym pokoju?- Wskazała na otaczające nas cztery ściany.
- Nie ukrywam się.- Stwierdziłam z nadąsaną miną.
- Kogo ty oszukujesz? Nigdzie nie wychodzisz, z nikim się nie umawiasz…
- Ty nic nie rozumiesz- przerwałam jej w pół zdania.
- Masz rację, nie rozumiem.- Przyznała ze smutnym uśmiechem.- Po części, dlatego, że nie przeżyłam tego, co ty, ale przede wszystkim, dlatego ponieważ wiem, jaka byłaś wcześniej. Pozytywnie szalona, odważna, dusza towarzystwa a teraz… no cóż jak już jechać po całości to równie dobrze mogłabyś z takim męczenniczym nastawieniem zostać zakonnicą.- Wyrwał mi się nerwowy chicho i szybko zasłoniłam dłonią usta, żeby go stłumić.- Widzisz? Właśnie o to mi chodziło.- Oznajmiła siadając obok..- Ta pozytywna, czasami szalona dziewczyna wciąż gdzieś tam w tobie jest.

- Może i masz rację, no dobra na pewno- dodałam widząc jej minę- ale i tak się tam nie wybieram, bo nie mam się w co ubrać.
- Serio?- Wskazała na stojącą w rogu szafę, gdzie przez niedomknięte drzwi dostrzegłam czerwony kolor sukienki, do której kupna zmusiła mnie ładnych parę miesięcy temu w ramach „babskiej terapii powojennej” a której nigdy nie włożyłam.
- Nie dasz mi spokoju prawda?- Roziskrzone spojrzenie przyjaciółki i łobuzerski uśmiech sprawiły, że zaczęłam się bać tego, co mnie czeka.


*
Jeśli nie liczyć awarii oświetlenia czy wybuchu maszyny do popcornu dzień festynu minął nadzwyczaj spokojnie aż nabrałam przekonania, ze coś się wkrótce zacznie chrzanić.
- Wszystko porządku?- Nawet Ryana nie ominęła pomoc przy imprezie i właśnie skończył sprzątać stoisko gdzie dzieciaki mogły rzucać piłeczkami do celu a w nagrodę dostawały drobne upominki.
- Bywało lepiej.- Stwierdziłam drapiąc się po nosie.
- Masz coś tutaj- wskazał na moją twarz.
- Gdzie?- Na oślep zaczęłam ocierać sobie policzki.
- Poczekaj chwilę- ze stolika wziął chusteczkę, którą z ust starł mi resztkę kremu z jedzonego przed sekundą ciasta. Zesztywniałam ogłupiała kompletnie nie wiedząc, co powinna zrobić, co pogłębiło się, gdy zobaczyłam jak zaczyna się błogo uśmiechać.
- Okeeeej to ja cię już porywam.- Margaret wyrosła obok jak z podziemi albo teleportowała się. Co mogło być skutkiem ubocznym oglądania każdego możliwego filmu o superbohaterach. Pomimo oszołomienia sytuacją sprzed jej pojawienia dostrzegłam spojrzenie, którym mogło człowieka zmrozić. Z jakiś powodów miałam wrażenia jakby chciał mnie stłuc na kwaśne jabłko tylko nie wiedziałam, z jakiego powodu.

Po wczorajszych zapowiedziach trzęsłam się w środku na myśl, co ma zamiar ze mną zrobić spodziewałam się wszystkiego. Jak się okazało nie miałam, czego bać. No może jednej rzeczy. Panna M dawno temu przechodziła fazę „a może tak zostać stylistką?” I najwyraźniej miała mały nawrót tego stanu. Tylko, że tym razem, obiektywnie rzecz biorąc, miało to lepsze efekty. Co nie zmienia aktu, że czułam się nieco obco. Zupełnie jakbym przybrała się w cudzą skórę, co chwilę wygładzałam niewidzialne zagniecenia na idealnie wyprasowanej czerwonej sukience, która miała jedną wadę. W górnych partia była przyciasną, przez co moje piersi wyglądały jakby lada chwila miały wyskoczyć z dekoltu

Ledwo powstrzymywałam się, aby nie zacząć poprawiać fryzury, w której według mojej przyjaciółki wyglądałam niczym królewna śnieżka. Raz, gdy sięgnęłam do opadającego uparcie na oczy kosmyka dostałam po łapach. Myślałby, kto, że taka drobna dziewczyna będzie mieć niewiele siły no, ale z drugiej strony powiedzenie „pozory mylą” musiała się skądś wziąć.
Podczas gdy blondynka była zajęta flirtowaniem rozmawiałam z moim pierwszym trenerem, który poza siwymi włosami na skroniach niewiele się zmienił. Nadal był wyluzowany i sprawiał, że człowiek mógł się rozluźnić. Poza mną. Bo stojąc z nim twarzą w twarz z trudem udawało mi się nie rozpłakać na myśl o tym, co przekreślił wypadek. Sądząc po jego spojrzeniu w którymś momencie zorientował się, że coś jest nie tak.

- Myślałaś o tym, żeby zacząć trenować?
- Co?!
- Nie, nie ty.- Zaczął machać dłońmi, kiedy zorientował się, jaką gafę popełnił.- Chodziło mi o to, że mogłabyś trenować innych.
- Nie wydaje mi się, żeby był to dobry pomysł.
- Nie dowiesz się póki nie spróbujesz.- Zaczął grzebać w kieszeni spodni i czytając smsa zmarszczył brwi jak zawsze, gdy działo się coś niespodziewanego.- Na twoim miejscu dobrze bym się nad tym zastanowił a gdybyś zmieniła pamiętaj, że zawsze możesz liczyć na moją pomoc.- Uśmiechnęłam się z wdzięcznością, choć nie bardzo wierzyłam na ewentualne sukcesy na tym polu, bo choć zdarzało się, że pomagałam mu z grupą juniorów to i tak nie byłam pewna swoich sił.

*

          Zwinęłam się do domu niedługo potem. Impreza rozkręcała się w najlepsze, co ułatwiło mi wymknięcie się, tak, że nikt nie zauważył mojej nieobecności. Nie chodziło o to, że źle się bawiłam tylko, kiedy jesteś w wewnętrznej rozsypce nie jesteś w stanie czerpać przyjemności z najmniejszych rzeczy. Zresztą, kogo ja oszukuję prawda jest taka, że nie mogłam znieść obecności kiedyś bliskiej mi osoby. Czytając takie słowa pierwsze, co przychodzi na myśl to myśl o chłopaku, który pewnie złamał mi serce, ale tak nie jest. Na chwilę pojawiła się Melissa Franklin. Czterokrotna mistrzyni olimpijska i ośmiokrotna mistrzyni świata. Kiedyś moja przyjaciółka. Zatem do sedna. Czemu się zwinęłam? Bo nie mogłam znieść kolejnych słów wsparcia, otuchy od osoby, choć która szczerze mi współczuła to nie mogłam pogodzić się z myślą, że moja kariera pływaczki nie potoczył się podobnym torem, co jej. Poznałyśmy się ładnych parę lat temu, na obozie dla tak zwanej wyjątkowo obcującej młodzieży. Początkowo nie darzyłyśmy się jakąś szczególną sympatią, ale z czasem wspólne treningi, dyskusje prowadzone z różnej maści specjalistami czy „nielegalne” nocne imprezy w jakiś sposób nas do siebie zbliżyły. Fakt, że mieszkałyśmy na dwóch końcach Stanów nie miał wpływu na to, że kontakt nam się urwał. To była moja i tylko moja winna. Gdy dowiedziała się o kontuzji, która przekreśliła moją dalszą sportową przeszłość pisała i dzwoniła wielokrotnie. Tylko, że ja nie miałam siły, aby odebrać telefon bez wybuchu płaczu.

A dzisiaj? Kiedy tylko zobaczyłam jak kieruje się w moją stronę, czym prędzej wzięłam nogi za pas.
Ashley Herondale jesteś tchórzem. Boisz się wszystkiego, czego można i uciekasz przed tym.
Był taki moment, gdy chciałam stracić kontakt z rzeczywistością i uciec w nierealny świat. Nawet zaopatrzyłam się w butelkę wina. W drodze coś mnie tknęło i sprawiło, że zamiast doznać się do butelki czerwony trunek wylądował w koszu na śmieci.
Zbyt często widziałam jak alkohol niszczy ludziom życie i nie chciałam, aby spotkało mnie to samo, bo powrocie z wojny zbyt ciągnęło mnie do procentów.
Obejrzałam się na dźwięk łoskotu i zobaczyłam jak bezdomny wyciąga z kubła to, co przed chwilą tam wrzuciłam.
No cóż, przynajmniej on będzie miał udany wieczór. Pomyślałam gorzko.

Choć tego wieczoru, poza szklaneczką pączu, nie wypiłam ani kropli alkoholu to nogi trzęsły mi się i plątały jakbym była po imprezie rodem z filmów o amerykańskiej studenckiej braci.
Już w domu przemyłam twarz wodą, aby pozbyć się resztek subtelnego makijażu, który rozmazał się mało malowniczo. Wszystko przez cholerny deszcz, który rozpada się przed minutami a ja sierota oczywiście nie miałam przy sobie parasolki i trzęsłam się z zimna.
Starałam się właśnie uwolnić z sukienki i zastanawiałam, się, dlaczego Matt jednak się nie pojawił skoro według Margaret miał taki zamiar (swoją drogą mi akurat nic o tym nie było wiadomo a dowiedziałam się o ty fakcie przez przypadek, podsłuchując fragment jej rozmowy telefonicznej). Starałam się dociec, dlaczego mój najlepszy przyjaciel i przyjaciółka mają przede mną tajemnice, kiedy usłyszałam otwieranie drzwi wejściowych, na co nie zareagowałam świecie przekonana, że Ryan właśnie wrócił.. Już byłam gotowa wskoczyć do łóżka, w przysłowiowym opakowaniu, bo zamek najwyraźniej się zaciął i nie mogłam się wyswobodzić z czerwonego materiału, kiedy poczułam na swoich plecach duże męskie dłonie rozpinające suwak. Z wdzięcznością wzięłam głęboki oddech.

- Zamek złapał materiał.- Za nic nie mogła rozpoznać emocji w jego głosie, wyczuwałam lekkie zmieszanie, ale coś jeszcze, coś, co rozpoznałam dopiero, gdy odwróciłam się, aby mu podziękować. W oczach Andersona widać było dziwną mieszankę pożądania i czegoś, czego nie mogłam zidentyfikować.
Dlatego, że miałam dosyć oglądania szczęśliwych par, wypytywania wścibskich ciotek kiedy kogoś sobie znajdę czy z jakiegoś innego powodu. Podczas gdy jedną ręką podtrzymywałam sukienkę, aby się ze mnie nie zsunął, drugą zarzuciłam mu na kark i jak gdyby nigdy nic wpiłam mu się w usta.
Nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie tego, że gdy minie mu pierwszy szok- objawiający się lekki zassaniem powietrza- odsunie mnie na długość ramion.
- Co to miało być?- Spytał z taką miną, że cieszyłam się, iż mnie trzyma, bo pewnie wyłożyłabym się na ziemi jak długa. Co by nie było takim najgorszym pomysłem, bo miałam ochotę zapaść się pod ziemię na samą myśl, że mógł odwzajemnić ten gest.

- Ja, ja…przepraszam….- Urwałam i miałam nadzieję, ze nie rozbeczę się przed nim z upokorzenia. Byłam taka głupia, wszystkie jego wcześniejsze gesty zrozumiałam na opak. Jak mogłam w ogóle pomyśleć, że mógłby czuć do mnie coś więcej…
- Nie przepraszaj…- na jego twarzy pojawiło się coś na kształt uśmiechu.- Po tobie można spodziewać się naprawdę wielu rzeczy, ale takiego powitania zdecydowanie nie.-Westchnął ciężko i oparł się czołem o moje.- Nie tak to sobie planowałem, nie tak to powinno wyglądać.- Stałam tak sobie oszołomiona. Chyba powinna coś zrobić, tylko, co? Najpierw jego reakcja na typu „nie” a za chwilę „jednak tak”. Z tego całego stresu, zmienności nastrojów można się nabawić jakiejś choroby.
- Matt, jeśli jest coś…

- To nie tak miało wyglądać- powtórzył swoje wcześniejsze słowa i spojrzał na mnie tak, że najchętniej mimo całej tej niepewności znowu bym go pocałowała.- Wiesz, co do Ciebie czuję, w każdym razie mam nadzieję się domyślasz, iż nie chodzi tylko o… zależy mi na tobie, pojęcia nie masz jak bardzo, ale nie chcę, aby coś więcej stało się między nami, kiedy jesteś w stanie ponownej rozsypki emocjonalnej.- Przerwał na chwilę jakby dając mi czas na przetrawienie tego, co powiedział.- Jeśli coś się stanie, chcę abyś była tego w pełni świadoma a nie robiła wszystko chcąc oderwać się od tego, co się stało w Iraku, rozumiesz?
- Rozumiem.- Odparłam wtulając się w niego, czując jak kolejny raz zamyka mnie w tym bezpieczny uścisku i jak ręką delikatnie gładzi po nagiej skórze pleców.- Proszę Cię tylko o jedno, poczekaj na mnie.
- Byle nie za długo.- Uśmiechnął się i cmoknął mnie w czoło. Na razie tyle potrzebowałam do szczęścia, niczego więcej.


.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.

Czytasz? Skomentuj!

Halo, halo! Jest tam ktoś jeszcze? Mam taką cichą nadzieję.
Nie będę się usprawiedliwiać, bo to nie ma sensu, ale chciałam przeprosić tą nieliczną grupę, która czytała to opowiadania i być może nadal tu zagląda. Trochę to trwało, ale udało mi się napisać coś nowego.

Chcę być z wami uczciwa i dlatego- czego można się po trochu domyślić po przeczytaniu tej części- historia Matta i Ash wkrótce się skończy. Z bardzo prozaicznego powodu- zwyczajnie na świecie nie wiem jak wszystko powinno się potoczyć a pisanie czegoś na siłę nie wydaje się mieć sensu. Sam pomysł, to, kim jest i co przeszła główna bohaterka, wydawał się „za ciasny” na jednopart i miałam nadzieję, że z czasem coś mi przyjdzie do głowy i akcja będzie się sama toczyć, wszystko jakoś tam samo będzie się pisać (tak jak w moim poprzedni opowiadaniu), ale niestety nie wyszło. Bywa mi tak. Jest mi głupio, bo być może kogoś zawiodłam, ale mam nadzieję, ze, choć końcówka będzie się w miarę kleić.

Do usłyszenia,

Zła na samą siebie Artis