sobota, 9 lipca 2016

Rozdział 6




          Bywa tak, że kiedy spełnia się coś, czego skrycie pragniemy to nie jesteśmy przekonani czy to dzieje się naprawdę.
Albo inaczej, nie możemy w to uwierzyć. Czy słowa, gesty tej drugiej osoby są na pewno szczere, czy czegoś sobie nie uroiliśmy i czy aby na opak nie odczytujemy pewnych znaków. Czasami życzeniowe myślenie potrafi być zgubne i w rezultacie możemy stracić to, co uważaliśmy dane raz na zawsze. Chyba właśnie tego bałam się najbardziej. Że cokolwiek było między mną a Mattem zmieni się, być może nawet do tego stopnia, że nie będziemy wstanie na siebie patrzeć a już na pewno nie w taki sposób jakbym chciała, aby na mnie patrzył.
Niepewność to taki dziwny stan.

Czas pędził jak oszalały aż zaczęłam podejrzewać, że jakiś szalony naukowiec wynalazł urządzenie sprawiające, że płynął zdecydowanie szybciej niż powinien. Każda możliwa chwila wypełniona była różnymi zajęciami. Czas mijający na przygotowaniach do dni miasta zlewał mi się w jedno i jakby ktoś mnie spytał, co robiłam dajmy na to w zeszłym tygodniu nie jestem pewna czy byłabym w stanie odpowiedzieć. Gdy na dzień przed rzuciłam się na swoje łóżko nie myślałam o niczym innym niż sen. Wtedy rozległ się dźwięk dzwoniącego telefonu. Widząc na wyświetlaczu imię rozmówcy pomyślałam, że kolejny raz wykazuje się kiepskim wyczuciem czasu.

- Cześć stara pindo.- Przywitałam się mając nadzieję, że uda mi się nie usnąć a ona nie poruszy tematu, o który zamęczała mnie od momentu, gdy dowiedziała się, co mam zamiar zrobić a w sumie, czego robić nie będę.
- Proszę cię grzecznie ty mnie nie zmuszaj, żebym zgłosiła Cię do programu Projekt Lady, to może tam Cię jakiś manier nauczą. No, ale do rzeczy- z jękiem przykryłam głowę poduszką, bo wiedziałam, co oznacza ten ton głosu. - W co masz zamiar się ubrać?- Spytała Margaret po raz enty.
- Ile razy mam Ci powtarzać, że nie wybieram się na te wiejskie tańce!- Teatralnie przewróciłam oczami i aż przeszedł mnie dreszcz na samą myśl, że miałam się bawić w rytm muzyki country. Niby był to nieodzowny element kultury mojego kraju, ale jakoś nigdy nie mogłam się do niego przekonać.- Obiecuję, że jak jeszcze raz usłyszę, że powinnam tam być, bo to przecież część mojej pracy nie ręczę za siebie i przy najbliższej możliwej okazji potraktuję Cie kijem bejsbolowym.- Oznajmiłam z poważnym tonem i w odpowiedzi usłyszałam jak po drugiej stronie śmieje się w głos.

- Ta, jasne. Chciałabym to zobaczyć.- W tej samej chwili prze skrzypiące drzwi weszła moja przyjaciółka. Szybko chwyciłam poduszkę, którą po chwili oberwała.
- To tak, żebyś nie myślała, że rzucam słowa na wiatr.
- Jesteś niemożliwa.- Pokręciła z niedowierzaniem głową.- Ash proszę Cię, tak nie można. Ile masz zamiar się chować w tym pokoju?- Wskazała na otaczające nas cztery ściany.
- Nie ukrywam się.- Stwierdziłam z nadąsaną miną.
- Kogo ty oszukujesz? Nigdzie nie wychodzisz, z nikim się nie umawiasz…
- Ty nic nie rozumiesz- przerwałam jej w pół zdania.
- Masz rację, nie rozumiem.- Przyznała ze smutnym uśmiechem.- Po części, dlatego, że nie przeżyłam tego, co ty, ale przede wszystkim, dlatego ponieważ wiem, jaka byłaś wcześniej. Pozytywnie szalona, odważna, dusza towarzystwa a teraz… no cóż jak już jechać po całości to równie dobrze mogłabyś z takim męczenniczym nastawieniem zostać zakonnicą.- Wyrwał mi się nerwowy chicho i szybko zasłoniłam dłonią usta, żeby go stłumić.- Widzisz? Właśnie o to mi chodziło.- Oznajmiła siadając obok..- Ta pozytywna, czasami szalona dziewczyna wciąż gdzieś tam w tobie jest.

- Może i masz rację, no dobra na pewno- dodałam widząc jej minę- ale i tak się tam nie wybieram, bo nie mam się w co ubrać.
- Serio?- Wskazała na stojącą w rogu szafę, gdzie przez niedomknięte drzwi dostrzegłam czerwony kolor sukienki, do której kupna zmusiła mnie ładnych parę miesięcy temu w ramach „babskiej terapii powojennej” a której nigdy nie włożyłam.
- Nie dasz mi spokoju prawda?- Roziskrzone spojrzenie przyjaciółki i łobuzerski uśmiech sprawiły, że zaczęłam się bać tego, co mnie czeka.


*
Jeśli nie liczyć awarii oświetlenia czy wybuchu maszyny do popcornu dzień festynu minął nadzwyczaj spokojnie aż nabrałam przekonania, ze coś się wkrótce zacznie chrzanić.
- Wszystko porządku?- Nawet Ryana nie ominęła pomoc przy imprezie i właśnie skończył sprzątać stoisko gdzie dzieciaki mogły rzucać piłeczkami do celu a w nagrodę dostawały drobne upominki.
- Bywało lepiej.- Stwierdziłam drapiąc się po nosie.
- Masz coś tutaj- wskazał na moją twarz.
- Gdzie?- Na oślep zaczęłam ocierać sobie policzki.
- Poczekaj chwilę- ze stolika wziął chusteczkę, którą z ust starł mi resztkę kremu z jedzonego przed sekundą ciasta. Zesztywniałam ogłupiała kompletnie nie wiedząc, co powinna zrobić, co pogłębiło się, gdy zobaczyłam jak zaczyna się błogo uśmiechać.
- Okeeeej to ja cię już porywam.- Margaret wyrosła obok jak z podziemi albo teleportowała się. Co mogło być skutkiem ubocznym oglądania każdego możliwego filmu o superbohaterach. Pomimo oszołomienia sytuacją sprzed jej pojawienia dostrzegłam spojrzenie, którym mogło człowieka zmrozić. Z jakiś powodów miałam wrażenia jakby chciał mnie stłuc na kwaśne jabłko tylko nie wiedziałam, z jakiego powodu.

Po wczorajszych zapowiedziach trzęsłam się w środku na myśl, co ma zamiar ze mną zrobić spodziewałam się wszystkiego. Jak się okazało nie miałam, czego bać. No może jednej rzeczy. Panna M dawno temu przechodziła fazę „a może tak zostać stylistką?” I najwyraźniej miała mały nawrót tego stanu. Tylko, że tym razem, obiektywnie rzecz biorąc, miało to lepsze efekty. Co nie zmienia aktu, że czułam się nieco obco. Zupełnie jakbym przybrała się w cudzą skórę, co chwilę wygładzałam niewidzialne zagniecenia na idealnie wyprasowanej czerwonej sukience, która miała jedną wadę. W górnych partia była przyciasną, przez co moje piersi wyglądały jakby lada chwila miały wyskoczyć z dekoltu

Ledwo powstrzymywałam się, aby nie zacząć poprawiać fryzury, w której według mojej przyjaciółki wyglądałam niczym królewna śnieżka. Raz, gdy sięgnęłam do opadającego uparcie na oczy kosmyka dostałam po łapach. Myślałby, kto, że taka drobna dziewczyna będzie mieć niewiele siły no, ale z drugiej strony powiedzenie „pozory mylą” musiała się skądś wziąć.
Podczas gdy blondynka była zajęta flirtowaniem rozmawiałam z moim pierwszym trenerem, który poza siwymi włosami na skroniach niewiele się zmienił. Nadal był wyluzowany i sprawiał, że człowiek mógł się rozluźnić. Poza mną. Bo stojąc z nim twarzą w twarz z trudem udawało mi się nie rozpłakać na myśl o tym, co przekreślił wypadek. Sądząc po jego spojrzeniu w którymś momencie zorientował się, że coś jest nie tak.

- Myślałaś o tym, żeby zacząć trenować?
- Co?!
- Nie, nie ty.- Zaczął machać dłońmi, kiedy zorientował się, jaką gafę popełnił.- Chodziło mi o to, że mogłabyś trenować innych.
- Nie wydaje mi się, żeby był to dobry pomysł.
- Nie dowiesz się póki nie spróbujesz.- Zaczął grzebać w kieszeni spodni i czytając smsa zmarszczył brwi jak zawsze, gdy działo się coś niespodziewanego.- Na twoim miejscu dobrze bym się nad tym zastanowił a gdybyś zmieniła pamiętaj, że zawsze możesz liczyć na moją pomoc.- Uśmiechnęłam się z wdzięcznością, choć nie bardzo wierzyłam na ewentualne sukcesy na tym polu, bo choć zdarzało się, że pomagałam mu z grupą juniorów to i tak nie byłam pewna swoich sił.

*

          Zwinęłam się do domu niedługo potem. Impreza rozkręcała się w najlepsze, co ułatwiło mi wymknięcie się, tak, że nikt nie zauważył mojej nieobecności. Nie chodziło o to, że źle się bawiłam tylko, kiedy jesteś w wewnętrznej rozsypce nie jesteś w stanie czerpać przyjemności z najmniejszych rzeczy. Zresztą, kogo ja oszukuję prawda jest taka, że nie mogłam znieść obecności kiedyś bliskiej mi osoby. Czytając takie słowa pierwsze, co przychodzi na myśl to myśl o chłopaku, który pewnie złamał mi serce, ale tak nie jest. Na chwilę pojawiła się Melissa Franklin. Czterokrotna mistrzyni olimpijska i ośmiokrotna mistrzyni świata. Kiedyś moja przyjaciółka. Zatem do sedna. Czemu się zwinęłam? Bo nie mogłam znieść kolejnych słów wsparcia, otuchy od osoby, choć która szczerze mi współczuła to nie mogłam pogodzić się z myślą, że moja kariera pływaczki nie potoczył się podobnym torem, co jej. Poznałyśmy się ładnych parę lat temu, na obozie dla tak zwanej wyjątkowo obcującej młodzieży. Początkowo nie darzyłyśmy się jakąś szczególną sympatią, ale z czasem wspólne treningi, dyskusje prowadzone z różnej maści specjalistami czy „nielegalne” nocne imprezy w jakiś sposób nas do siebie zbliżyły. Fakt, że mieszkałyśmy na dwóch końcach Stanów nie miał wpływu na to, że kontakt nam się urwał. To była moja i tylko moja winna. Gdy dowiedziała się o kontuzji, która przekreśliła moją dalszą sportową przeszłość pisała i dzwoniła wielokrotnie. Tylko, że ja nie miałam siły, aby odebrać telefon bez wybuchu płaczu.

A dzisiaj? Kiedy tylko zobaczyłam jak kieruje się w moją stronę, czym prędzej wzięłam nogi za pas.
Ashley Herondale jesteś tchórzem. Boisz się wszystkiego, czego można i uciekasz przed tym.
Był taki moment, gdy chciałam stracić kontakt z rzeczywistością i uciec w nierealny świat. Nawet zaopatrzyłam się w butelkę wina. W drodze coś mnie tknęło i sprawiło, że zamiast doznać się do butelki czerwony trunek wylądował w koszu na śmieci.
Zbyt często widziałam jak alkohol niszczy ludziom życie i nie chciałam, aby spotkało mnie to samo, bo powrocie z wojny zbyt ciągnęło mnie do procentów.
Obejrzałam się na dźwięk łoskotu i zobaczyłam jak bezdomny wyciąga z kubła to, co przed chwilą tam wrzuciłam.
No cóż, przynajmniej on będzie miał udany wieczór. Pomyślałam gorzko.

Choć tego wieczoru, poza szklaneczką pączu, nie wypiłam ani kropli alkoholu to nogi trzęsły mi się i plątały jakbym była po imprezie rodem z filmów o amerykańskiej studenckiej braci.
Już w domu przemyłam twarz wodą, aby pozbyć się resztek subtelnego makijażu, który rozmazał się mało malowniczo. Wszystko przez cholerny deszcz, który rozpada się przed minutami a ja sierota oczywiście nie miałam przy sobie parasolki i trzęsłam się z zimna.
Starałam się właśnie uwolnić z sukienki i zastanawiałam, się, dlaczego Matt jednak się nie pojawił skoro według Margaret miał taki zamiar (swoją drogą mi akurat nic o tym nie było wiadomo a dowiedziałam się o ty fakcie przez przypadek, podsłuchując fragment jej rozmowy telefonicznej). Starałam się dociec, dlaczego mój najlepszy przyjaciel i przyjaciółka mają przede mną tajemnice, kiedy usłyszałam otwieranie drzwi wejściowych, na co nie zareagowałam świecie przekonana, że Ryan właśnie wrócił.. Już byłam gotowa wskoczyć do łóżka, w przysłowiowym opakowaniu, bo zamek najwyraźniej się zaciął i nie mogłam się wyswobodzić z czerwonego materiału, kiedy poczułam na swoich plecach duże męskie dłonie rozpinające suwak. Z wdzięcznością wzięłam głęboki oddech.

- Zamek złapał materiał.- Za nic nie mogła rozpoznać emocji w jego głosie, wyczuwałam lekkie zmieszanie, ale coś jeszcze, coś, co rozpoznałam dopiero, gdy odwróciłam się, aby mu podziękować. W oczach Andersona widać było dziwną mieszankę pożądania i czegoś, czego nie mogłam zidentyfikować.
Dlatego, że miałam dosyć oglądania szczęśliwych par, wypytywania wścibskich ciotek kiedy kogoś sobie znajdę czy z jakiegoś innego powodu. Podczas gdy jedną ręką podtrzymywałam sukienkę, aby się ze mnie nie zsunął, drugą zarzuciłam mu na kark i jak gdyby nigdy nic wpiłam mu się w usta.
Nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie tego, że gdy minie mu pierwszy szok- objawiający się lekki zassaniem powietrza- odsunie mnie na długość ramion.
- Co to miało być?- Spytał z taką miną, że cieszyłam się, iż mnie trzyma, bo pewnie wyłożyłabym się na ziemi jak długa. Co by nie było takim najgorszym pomysłem, bo miałam ochotę zapaść się pod ziemię na samą myśl, że mógł odwzajemnić ten gest.

- Ja, ja…przepraszam….- Urwałam i miałam nadzieję, ze nie rozbeczę się przed nim z upokorzenia. Byłam taka głupia, wszystkie jego wcześniejsze gesty zrozumiałam na opak. Jak mogłam w ogóle pomyśleć, że mógłby czuć do mnie coś więcej…
- Nie przepraszaj…- na jego twarzy pojawiło się coś na kształt uśmiechu.- Po tobie można spodziewać się naprawdę wielu rzeczy, ale takiego powitania zdecydowanie nie.-Westchnął ciężko i oparł się czołem o moje.- Nie tak to sobie planowałem, nie tak to powinno wyglądać.- Stałam tak sobie oszołomiona. Chyba powinna coś zrobić, tylko, co? Najpierw jego reakcja na typu „nie” a za chwilę „jednak tak”. Z tego całego stresu, zmienności nastrojów można się nabawić jakiejś choroby.
- Matt, jeśli jest coś…

- To nie tak miało wyglądać- powtórzył swoje wcześniejsze słowa i spojrzał na mnie tak, że najchętniej mimo całej tej niepewności znowu bym go pocałowała.- Wiesz, co do Ciebie czuję, w każdym razie mam nadzieję się domyślasz, iż nie chodzi tylko o… zależy mi na tobie, pojęcia nie masz jak bardzo, ale nie chcę, aby coś więcej stało się między nami, kiedy jesteś w stanie ponownej rozsypki emocjonalnej.- Przerwał na chwilę jakby dając mi czas na przetrawienie tego, co powiedział.- Jeśli coś się stanie, chcę abyś była tego w pełni świadoma a nie robiła wszystko chcąc oderwać się od tego, co się stało w Iraku, rozumiesz?
- Rozumiem.- Odparłam wtulając się w niego, czując jak kolejny raz zamyka mnie w tym bezpieczny uścisku i jak ręką delikatnie gładzi po nagiej skórze pleców.- Proszę Cię tylko o jedno, poczekaj na mnie.
- Byle nie za długo.- Uśmiechnął się i cmoknął mnie w czoło. Na razie tyle potrzebowałam do szczęścia, niczego więcej.


.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.

Czytasz? Skomentuj!

Halo, halo! Jest tam ktoś jeszcze? Mam taką cichą nadzieję.
Nie będę się usprawiedliwiać, bo to nie ma sensu, ale chciałam przeprosić tą nieliczną grupę, która czytała to opowiadania i być może nadal tu zagląda. Trochę to trwało, ale udało mi się napisać coś nowego.

Chcę być z wami uczciwa i dlatego- czego można się po trochu domyślić po przeczytaniu tej części- historia Matta i Ash wkrótce się skończy. Z bardzo prozaicznego powodu- zwyczajnie na świecie nie wiem jak wszystko powinno się potoczyć a pisanie czegoś na siłę nie wydaje się mieć sensu. Sam pomysł, to, kim jest i co przeszła główna bohaterka, wydawał się „za ciasny” na jednopart i miałam nadzieję, że z czasem coś mi przyjdzie do głowy i akcja będzie się sama toczyć, wszystko jakoś tam samo będzie się pisać (tak jak w moim poprzedni opowiadaniu), ale niestety nie wyszło. Bywa mi tak. Jest mi głupio, bo być może kogoś zawiodłam, ale mam nadzieję, ze, choć końcówka będzie się w miarę kleić.

Do usłyszenia,

Zła na samą siebie Artis

sobota, 9 kwietnia 2016

Rozdział 5



            Pamiętam jak na studiach, na jednych z pierwszych wykładów z psychologii, prowadzący je profesor spytał, czym mamy zamiar zajmować się po zakończeniu swojej edukacji. Odpowiedzi było mniej więcej tyle ile osób obecnych na sali, co mężczyzn skwitował pobłażliwym uśmiechem i stwierdzeniem a może raczej wyznaniem, że on również w naszym wieku miał tak pozytywne, nieco naiwne podejście do rzeczywistości.

- Musicie pamiętać o kilku rzeczach- oznajmił siadając na skraju biurka- W życiu zawsze macie kilka dróg do wyboru. Niezależnie od tego, którą z nich wybierzecie zawsze będziecie zastanawiać się jakby wyglądało wasze życie gdybyście wybrali inaczej. Oprócz tego droga do celu byłaby nic nie warta gdyby nie była naznaczona przeszkodami. Poza tym satysfakcja z pokonania trudności jest bezcenna.- Uśmiechnął się tak jakby uważał, że zdradził nam strzeżoną pilnie od lat tajemnicę.
Wtedy te słowa wywarły na mnie spore wrażenie, ale patrząc z perspektywy czasu i biorąc pod uwagę wydarzenia minionych kilku lat nie jestem tak pewna ich sensu jak wtedy.

Dobra, nic nie przychodzi łatwo. Tylko, dlaczego czasami wszystko przychodzi aż tak ciężko i idzie jak po grudzie? Może chodzi o to, że gdy coś przychodzi nam zbyt łatwo nie doceniamy tego w pełni. Czasami dopiero jak stracimy coś, co uważaliśmy dane na zawsze wiemy ile mieliśmy szczęścia. Cały ten ból i cierpienie można spróbować przekuć w coś dobrego, ale nie jest to łatwe.
Podobno cierpienie uszlachetnia. Pojęcia nie mam, co za kretyn to wymyślił, ale najwyraźniej nawąchał się czegoś, bo wątpię, aby coś takiego można stwierdzić na trzeźwo. Cierpienie wcale nie uszlachetnia. Sprawia, że rozpadasz się, upadasz coraz bardziej, ale jak już uda się człowiekowi pozbierać jest silniejszy i może więcej wytrzymać, ale ze szlachetnością to to wiele wspólnego nie ma. Przynajmniej według mnie.
Po powrocie do domu z pracy nie mam nawet siły, żeby zanieść zakupy do kuchni, więc zostawiam je w wąskim przedpokoju. Powłócząc nogami idę do niewielkiego pokoju, szumnie nazywanego salonem, gdzie sadowię się w wygodnie. Prze chwilę rozbawiona przyglądam się drzemiącemu na kanapie Ryanowi, który zasnął poobkładany pismami dotyczącymi fizjoterapii. Chłopak budzi się, gdy hałaśliwie kładę nogi na stoliku.

- Tobie czasami nie jest za wygodnie?- Pyta trąc zaspane oczy.
- Jak już pytasz to nie, nie jest. Mięśnie mam trochę zesztywniałe.- Od kilku dni wszyscy w Ośrodku kultury, gdzie pracowałam, uwijali się jak w ukropie, ponieważ wielkimi krokami zbliżały się dni miasta, impreza zapewniająca trochę rozrywki mieszkańcom miasteczka. Więc nawet tacy jak ja, na co dzień zajmujący się bardziej biurową pracą, zostali zagonieni do zajęć bardziej fizycznych.
-Znowu narzekasz.- Stwierdził zaplatając ręce na klatce piersiowej.
- Tak wiem, ale my kobiety tak mamy.- Wzruszyłam ramionami jakby to rozumiało się samo przez się.- Mimo wszystko cieszę się, że mogę oderwać się od papierkowej roboty. Choćby na chwilę.
- Na to nic nie poradzę, ale jakby coś pamiętaj, że zawsze mogę Cię trochę pomasować.- Mówiąc to zabawnie poruszał dłońmi a mnie zatkało.

- Żartujesz sobie?- Widząc jego roześmiane spojrzenie nie byłam pewna czy mówi poważnie.
- Pewnie, że tak.- Uśmiechnął się do mnie szeroko.- Do tej pory pamiętam ostrzeżenie twojego przyjaciela.- Udał, ze wstrząsa nim dreszcz przerażenia.
- Nie masz przypadkiem brata bliźniaka?
- Czemu pytasz?
- Bo ty nie żartujesz, to nie jest normalne. No w każdym razie w twoim przypadku.- Przymknęłam oczy jakby miało mi to pomóc dostrzec coś więcej.
- Życie już takie jest, że zaskakują nas najbardziej Ci, po których najmniej się tego spodziewamy.- Stwierdza i zaczyna beztrosko żonglować leżącymi na talerzyku mandarynkami.
- Ryan?- Spojrzałam na chłopaka zajadającego się soczystym owocem.- Chciałam Cię przeprosić. Wiesz za ten wybuch… Miałeś rację. Bez względu na to, co przeszłam, nie mam prawa na nikim się wyżywać.
- No proszę a ja myślałem, że nie umiesz przyznać się do błędu.- Pochylił się nieco w moją stronę. Poczułam się trochę nieswojo, bo przyglądał mi się z taką miną jakby chciał przejrzeć mnie na wylot.

- Ludzie potrafią zaskakiwać.- Złośliwie pokazałam mu języki i przypomniało mi się coś, co powiedział. O tym, że każdy przeżywa swoje własne nieszczęścia.- Jakbyś chciał o czymś pogadać to wiesz gdzie mnie znaleźć.- Wypaliłam nim zdążyłam zastanowić się, co robię i żeby zamaskować zmieszanie zniknęłam za drzwiami swojego pokoju żegnana tłumionym chichotem mojego współlokatora. Z jakiegoś powodu ubzdurałam sobie, że jego słowa nie są czczą gadaniną, że nie wzięło mu się to bez powodu, że w jego życiu stało się coś takiego, co sprawiło, iż stał się taką osobą, jaką poznałam. Skrytą i momentami mrukliwą a nie tym sympatycznym chłopakiem, z którym rozmawiałam przed chwilą.


*

- Pojęcia nie mam jak ty to wszystko robisz. Jeszcze dobrze nie skończył się finał Ligi Mistrzów a ty już jesteś tutaj.- Kątem oka zerknęłam na siedzącego obok Matta, który jak tylko dowiedział się, że jestem sama w domu, bo Rayan gdzieś wyjechał, postanowił dotrzymać mi towarzystwa.
- Wszystko jest kwestią organizacji.
- Tylko tyle?- Spojrzałam na niego powątpiewająco.
- No może jeszcze hierarchii- dodał po chwili zastanowienia.- Trzeba umieć sobie wszystko dobrze uporządkować, ustalić pewne wartości, którymi powinno się kierować, wiedzieć, co jest istotne a co nie. Ale najważniejsi są otaczający nas ludzie, będący ostoją w tym codziennym szaleństwie.- Posłał mi tak pełne ciepła spojrzenie, że aż się zarumieniłam.

Udając, że nic takiego się nie stało wróciłam do przerwanej jego przebyciem czynności, czyli zagniatania ciasta. Ponieważ jestem łakomczuchem a w domu nie było nic słodkiego postanowiłam sama coś upiec zamiast zawitać do pobliskiej cukierni.
- Zupełnie jakby była napisana z myślą o tobie.- Oznajmił wyrywając mnie z zamyślenia.
- O czym ty mówisz?- Spytałam zupełnie nie wiedząc, o co mu chodzi.
- Piosenka, którą właśnie nuciłaś.- Uśmiechnął się a ja zorientowałam się, że wyłączyłam się do tego stopnia, iż nie zwracając na obecność siatkarza zaczęłam nucić lecącą w radiu melodię.- „Jesteś głęboko pocięta, nawet we śnie czujesz swoje blizny. Co nas nie zabiło sprawiło, że staliśmy się silniejsi. Każda z historii pozostawiła na naszej skórze ślad.”*
- Panie Anderson, nie spodziewałam się po Panu takiej głębi.- Uśmiechnęłam się, gdy coś mi się przypomniało.- Pamiętasz naszą zabawę z dzieciństwa?

- Dobieranie- zrobił w powietrzu cudzysłów- odpowiednich piosenek do wymyślonej sytuacji?- Pokiwałam twierdząco głowo, na co dumnie wypiął pierś i dodał.- Jakbym mógł zapomnieć, przecież sam ją wymyśliłem.
- Jesteś idiotą Matt, wiesz o tym prawda?- Najwyraźniej coś było ze mną nie tak, bo kiedyś pewnie bym go zwymyślała za takie buńczuczne teksty (nawet żartobliwe) a teraz tylko z niedowierzaniem pokręciłam głową.
- Owszem, ale za to, jakim przystojnym idiotą!- Zasłoniłam sobie usta dłonią, bo wyrwało mi się niekontrolowane parsknięcie.- Poza tym za to właśnie mnie kochasz.- Miał zmieszany wyraz twarzy, kiedy zobaczył moją przerażoną minę.
-Piosenka, którą puścisz, gdy będziesz chciała poprawić komuś humor.- Wypaliłam starając się zamaskować moje wcześniejsze zachowanie, na co ten posłał mi takie spojrzenie jakby potwierdziły się jego najbardziej ukryte pragnienia.

- Happy Pharella albo nie, czekaj… -przymknął oczy głęboko się nad czymś zastanawiając.- Shut up and Dance! To jest dopiero idealny poprawiacz humoru. No to teraz moja kolej.- Zatarł ręce z iście szatańskim uśmiechem.- Co byś zaśpiewała komuś, kiedy chciałabyś wyznać mu swoje uczucia?- Jakbym wiedziała, ze tak to się potoczy to w życiu bym nie podjęła tematu naszej zabawy sprzed lat.
- „W tobie moje serce znalazło dom”.**- Wyszeptałam w cichej nadziei, że jakimś cudem tego nie usłyszy.
- Tylko tyle? Jeden wers?
- A ty cwaniaku, co byś wybrał?- Zła, że nie bierze mnie poważnie mocnej zaczęłam zagniatać ciasto, czym wzburzyłam obłok mąki.
- „(…) dla ciebie mogę żyć. (…) Jeszcze znajdę więcej sił, będę walczył, będę kochał, będę się o ciebie bił”.***
- Nie ma takiej piosenki.- Powiedziałam po chwili milczenia, jaka nastąpiła po jego słowach.

- Bo to polski utwór- zabawnie przekrzywił głowę-, więc możesz go nie kojarzyć.
- Ty też nie wiesz wszystkiego.- Choć nie zamierzałam to zabrzmiałam uszczypliwie.
- Coś ty powiedziała?-  Za każdym razem, gdy słyszałam w jego głosie tą specyficzną nutę mogłam spodziewać się wszystkiego. Tym razem, wykorzystując umiejętności nabyte przez lata gry w siatkówkę, zwinnie przeskoczył na drugą stronę stołu i wysypał mi na głowę resztę mąki z papierowej torebki.
Takie chwile jak te, krótkie momenty beztroski, potrafią wyciągnąć człowieka z najgłębszej otchłani.
 Był taki czas, kiedy myślałam, że nic dobrego już mnie nie spotka. Dalej zdarzają się noce, gdy przerażona budzę się zlana potem. W pierwszym sekundach po przebudzeniu nie jestem pewna, co się dzieje, sen zakrada się do rzeczywistości i przez ułamki sekund jestem przekonana, że leże w namiocie pod rozgwieżdżonym, nocnym niebem nad Irakiem. W końcu uświadamiam sobie i że jestem w domu, wśród osób, na które mogę liczyć w każdej sytuacji. Czasami zastanawiam się jakby wyglądało moje życie gdybym nie poznała pewnych osób, nie przeżyła pewnych chwil, gdybym nie miała pewnych problemów i osób, które pomogłyby mi je rozwiązać. Byłoby zdecydowanie inaczej, czy lepiej tego nie wiem.

Niemniej jednak nie jestem w stanie sobie wyobrazić jak wyglądałby moje życie gdybym nigdy miała nie spotkać Matta. Próbuję się jakoś uwolnić, gdy Anderson gilgocze mnie bez opamiętania, ale nijak mi to nie wychodzi. Jako jedyny, mały sukces mogę sobie zaliczyć rozbicie mu na głowie jajka.
Gdy kuchnia wygląda już jakby ktoś spuścił w niej bombę ta mała bitwa się kończy a nasze twarze znajdują się niebezpiecznie blisko siebie a ja oczywiście muszę kichnąć-, bo unosząca się w powietrzu mąka drażni mi nos-, przez co zderzamy się czołami.
- Chyba już sobie pójdę, tak dla własnego bezpieczeństwa.- Stwierdza rozcierając sobie bolące miejsce. Chyba oczekuje, że coś powiem, ale przyglądam mu się tylko z głupkowatą miną.
Kiedy się żegnamy przez chwilę obserwuję przez ono jak przechodzi na drugą stronę ulicy a mi przypominają mi się wersy z melancholijnej, może nawet nieco depresyjnej piosenki.

„Czy to możliwe, że Pan Którego Mogłabym Pokochać
Znajduje się już w moim życiu?”****


-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.

Czytasz + Komentujesz = Motywujesz

Piosenki cytowane w tym rozdziale:

Myślałby kto, że po takiej przerwie rozdział będzie niewiadomo jak długi i dużo się będzie działo ale tak nie jest. Jakoś jaka jest każdy widzi, o ile z pierwszej części jestem zadowolona tak później coś „siada” (Kamila proszę cię nie bij mnie, że narzekam).
Chciałabym obiecać wam, ze postaram się zamieszczać coś tutaj częściej, ale tak to już jest, że choćby się chciało nie zawsze jest czas, aby siąść i coś napisać.
Piękne dzięki za nominacje do Liebster Award, postaram się odpowiedzieć na zadane pytania w miarę szybko
Do następnego,

Artis.